nasze święto, jak ten czas pięknie płynie! pojechaliśmy w Rudy, znowu padły Beskidy. Coś nie czułem się w pełni, albo coś złapałem, albo Rodzice mnie zarazili, a może mydło malarskie, które wjechało na pokoje wczoraj, bo wreszcie! zaczął się wyczekiwany remont. Spacer, 15km około, z właściwymi obiektywami... Jak ja lubię 20mm, do makro jest cudowne, zbliżenia są świetne i ten kąt... Przyjemność. W lesie poezja, odpoczywam! Co za zdjęcia i wysyp grzybów. Stara Kuźnia trzyma poziom, zawsze. Po grzybach do Gliwic, bardzo je lubię, obiad, kawa w Kafo, które już jest kafarem. Ale dzień się jeszcze nie kończy...
Wieczór, w domu, głowa boli, jak każdy człowiek myję się... czyszczę uszy i słyszę "pstryk!"... o nie... został mi kawałek w uchu. Wołam Panią, ta myśli, że to kleszcz, już przerażona. Niestety jest gorzej... to co robiliśmy później zostaje w mojej pamięci, telefon, szpital, izba pełna ludzi. Dobrze, że miałem jeszcze humor. Pani lekarz mnie bada, bardzo wysokie ciśnienie, pyta mnie "co się pan tak denerwuje?". Co to za pytanie - "no bo jeszcze nigdy nic nie miałem w uchu" odpowiadam. Pani mówi - "ma pan szczęście, jest pani laryngolog, nie ma co robić, więc panem się zajmie". Później to spacerek, a ja już widziałem się na stole operacyjnym jak rozcinają mi tam co trzeba. Pani doktor z totalnym stoickim spokojem założyła soczewkę, wzięła jakieś obcęgi i nawet nie poczułem i już miałem intruza wyjętego... co przeżyłem, to moje, ale tam mnie siekło. Większy ból głowy, gorączka... Popracowałem 2 dni i nie dałem rady, L4.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz