weekendowej laby ciąg dalszy. Pani zabieg przeszedł dobrze, czas odpocząć, no ale pogoda dopisuje, ruszać się można, więc uznaliśmy, że wrócimy do Rud Raciborskich. Po raz pierwszy od grudnia. Tak to jest, jak się nie bywa w jakimś miejscu, to zaczyna się tęsknić i wraca przyjemność z pobytu. Pojechaliśmy do Łęczy w niedzielę rano, lekki rower, później fajne miejsce na hamak, wśród sosen. Pani leży, ja w makro. Wziąłem po raz pierwszy kombinację EM5 Olympus i manualny makro 90mm Tamron, co daje mi odpowiednik 180mm. Kosmos. Nawet przy dobrej stabilizacji Olympusa trudno zachować stabilną rękę. Namęczyłem się, kadrów jak na lekarstwo, nie chciałem zapuszczać się w las. Jak laba, to laba. Jak się położyłem w hamaku, tak odleciałem na godzinę. Chyba słońce przedarło się przez korony drzew, bo czułem się jakiś taki przegrzany. Obiad w Toszku, wiadomo. Ale wieczorem i w poniedziałek źle się czułem, raz ciepło raz zimno, ból głowy... uporałem się z tym we wtorek i dobrze, bo jutro wielka wyprawa długoweekendowa!