.
Z samego rana pakujemy się do pociągu. Strasznie długi, jedzie do Świnoujścia. Jak zawsze w intercity, sporo miejsca, kulturka. Nawet klimę włączyli. Trochę się drzemałem. Ciężki miałem tydzień, 3 dni intensywne w biurze po godzinach, padam. Ale dobrze mi zrobi 4 dni na rowerze. Wrocław… o poranku w sobotę w lipcu wygląda zjawiskowo. Miasto budzi się do życia, jest rześko, ładne światło… Pani proponuje kawę. Jedziemy, pijemy, chwilę jeszcze patrzymy na miasto. Ludzie wolno się krzątają, sporo cudzoziemców. Jest bardzo przyjemnie. Później już kręcimy, długi etap do Pakosławia. Pałacyk był na naszej liście od wielu lat, ale spadał, bo zawsze było coś innego. Dziś tam śpimy. Wyjazd z Wrocławia wspaniały, wszędzie drogi rowerowe. Malin - bardzo ładna wioska, czas płynie inaczej. Podoba mi się. Za Malinem jest wzniesienie, na którym ładnie widać Wrocław, wieżę, komin, miasto i w tle Sudety. Taczów Mały, Brochocin, ładne wioski, w których ludzie krzątają się po swoich ogrodach, sprzątają, a niektórzy wylegują w swoich sadach. Uroczo. Trzebnica. Nigdy nie byłem. Wjeżdżamy wprost na teren Sanktuarium. Nagle pojawia się taki spokój umysłu, ja takie kwestie odczuwam. Niektórzy mówią na to feng shui. Czuję spokój w głowie, cisza, nikogo nie ma. Samo miasteczko bardzo spokojne. W sklepie kupuje wodę, również miło. Za Trzebinią zaczyna się inny etap, pola lasy, mniej zabudowań. Jedziemy Euro velo, i to odczuwa się. Dobra nawierzchnia głównie, kukurydza, słoneczniki… We wiosce Komorówko są drzewa, wielkie drzewa.
Koniowo, tu zaczyna się Dolina Baryczy. Siadamy na skrzyżowaniu na przystanku autobusowym, jemy proteiny i ruszamy w las. Co tu się dzieje? Wspaniała betonowa nawierzchnia drogi rowerowej, płyty idealnie do siebie dopasowane, dookoła las sosnowy, pachnie żywicą, jest pięknie. Poezja, nic tylko jeździć. Rundkę zrobiliśmy dookoła Sułowa, szału nie było, ale było dino, gdzie uzupełniamy zapasy. Później znowu droga rowerowa. Stawy dookoła, wielkie drzewa, cisza. Mało rowerzystów, a teren piękny. Ruda Sułowska leży w centrum stawów. Jest tam restauracja, robimy przerwę na obiad. Są tam ryby z lokalnych stawów. W Polsce nie ciągnie mnie na ryby, ale tu? Zamawiam suma. Nawet nawet. Ładny zakątek, ładne lasy, łąki. Nic, tylko chodzić. Jak byliśmy tu blisko 9 lat temu ten teren nie spodobał mi się, testowałem obiektyw, było upalnie, jakoś nie tak. Dziś? Inny świat, chcę tu wracać. Wreszcie Pakosław. Jest dino, jutro niedziela, więc trzeba uzupełnić zapasy. Stoję przy kasie, a tu szok - pani mnie pyta „skąd jestem”… Ostatni raz przy kasie zagadywali mnie w Nowej Zelandii. A tu proszę, w Wielkopolsce też pytają. No więc wychodzę ze swojej introwertycznosci i odpowiadam.
- ooo daleko - pani mówi
- no… daleko - mruczę, zmęczony jestem wszak
chwila przerwy, pada za chwilę kolejne pytanie
- no i jak się panu podoba Pakosław?
- dopiero wjechałem - znowu mruczę, no bo co tu odpowiedzieć? 90km w nogach, może wyglądam mizernie, może to podryw, a Pani pilnuje rowerów. Ale dodaję
- pierwsze wrażenie całkiem całkiem
- no wioska jak to wioska… i na tym zakończyliśmy tę wesołą konwersację. Wychodzę z uśmiechem ze sklepu. Można? Można. Miło było.
Wreszcie Pałac. Rowery do kotłowni, zamknięte na klucz. My do pokoju, prysznic i leżymy. Mamy do obejrzenia 2 zaległe etapy tour de france. My też na tour. Jutro kolejny etap. Zastanawiałem się jak ta Wielkopolska wygląda. Dziś już widzę - dobra nawierzchnia, drogi rowerowe, ładnie i czysto. Aaa no i mają tu dziwny zwyczaj puszczania głośno disco polo w aucie. Totalnie nie moja muzyka, a Pani to puentuje - zostaw to, fajnie, że cieszą się życiem. Szach mat.
Trasa klasyk, bezdyskusyjnie do powtarzania, cud miód.
