- ciekawe, czy my wejdziemy do pociągu...
oooo no tak. Doświadczyliśmy tego wczoraj. No nic, co ma być o będzie. Megafon zapowiedział pociąg. Jedzie mikro pociąg, ten co wczoraj. Ludzie ściśnięci jak sardynki. Wychodzi konduktor i oznajmia, że nas nie wpuści. W głowie się zakotłowało. Z jednej strony jak to, przecież ja kupiłem bilet w systemie, który ma limit miejsca na rowery. Z drugiej strony faktycznie nie ma gdzie wejść. Pani wdała się w polemikę. Pan był grzeczny, tylko co mi po jego grzeczności, jak nie pojedziemy tam, gdzie sobie wymarzyliśmy. Mówi, że z powodu kolizji z samochodami mają mało pociągów. Nic, musieliśmy odpuścić. Przewidzieliśmy wczoraj taką ewentualność, tworząc plan b i c. Byłem bardzo zły, ale to bardzo... ale przekułem to na coś pozytywnego - nowy plan na kolejną wizytę tutaj i radość z tego, co zobaczymy dzisiaj.
Wybieramy długą trasę, około 80km. Grzeje mocno, ale kręcimy. Wyjeżdżamy z Sokółki drogą rowerową, szeroka, nowa, asfaltowa. Wioska za wioską, kilka domów, pola i lasy. Urocze krajobrazy. Możemy cieszyć się w pełni Podlasiem. Szybko robimy 40km i jesteśmy w Dąbrowie Białostockiej. Sklepik o dziwo otwarty, pytam się pana za kasą gdzie tu jest jakaś restauracja, a ten mówi - u nas to tylko budki z kebabem... nie dobrze, ale taki klimat. Jest taki lokal zaraz za rogiem, czysto, jest toaleta, której potrzebujemy. Raz kozie śmierć, survival, na naszej trasie mało wiosek i tam nie zjemy, długa droga, więc trzeba brać co jest. Odświeżyliśmy się, zjedliśmy, nie powiem, że ze smakiem, ale zjedliśmy. Nie rozumiem jak ludzie mogą jeść i to jedzą często. Jaki popyt, taka podaż. Zawracamy w stronę Sokółki. Po drodze mamy Różanystok, sanktuarium. Wchodzimy. Czy właśnie o t chodziło, że mieliśmy tu być zamiast w Puszczy? Zgadzam się z wolą Najwyższego. Czuję zmęczenie i od tego momentu zaczyna się moja rowerowa egzystencja. Upał, zmęczenie może i ten coś co zjadłem w tym lokalu spowodowało, że jadę wolno, nawet zdjęć mi się nie chce robić. A jak to u siebie identyfikuje, to jest źle. Ładnie tu, urocze wioski, ale nie czuję polotu. Szukamy picia, a tu nic. Wjeżdżamy do uroczej wioski Podsutki. Hmm a jak nazwać mieszkańców tej wioski? Nie lada wyzwanie. Są tam 3 stare chaty, rozpadające się, ale bardzo ładnie pasujące do tych wiosek. Mimo Święta sporo kombajnów w polu, żniwa w pełni. Turystów? Nikogo. Mówię do Pani - żadnych obozów, harcerzy, skautów, włóczykijów, backpackersow, taki potencjał, dzikie miejsca, aż się prosi, sam bym poszedł. Upał nie zwalnia. Świdry, myślałem, że tam coś znajdziemy, nic z tego. Charakterystyczne dla wczorajszej i dzisiejszej trasy, to ogromna liczba kapliczek, nawet co 50 metrów. Świadczy to o ogromnej wierze tutejszych mieszkańców. Druga rzecz to jabłonie. Niemal jedna przy drugiej. Tony jabłek, chyba bezpańskich do zerwania. Wzięliśmy kilka, no dobra, poczęstowaliśmy się. Kwaśne jak cytryna, ale może to dobre orzeźwienie? Ucieszyłem się, jak przekroczyliśmy granice Sokółki. Sklepik przydrożny był otwarty, tłumy ludzi po alkohol, wziąłem dwie wody na jutro. Później wiadomo, lody w Starej Szkole, kawa i pod prysznic do hotelu.
Co to była za trasa... czuję się przegrzany. Kulminacja tygodni upalnej pogody. Mimo elektrolitów, nakrycia głowy upał robi swoje, sporo tych kilometrów nam wychodzi. Jutro cudowna trasa do Białegostoku, nad którą się zachwycałem po ostatnim pobycie tutaj. Nie mogę się doczekać, by znowu w tym samym roku ją przejechać.