Co ja mam dziś napisać? Crème de la crème… numer 1 w tym roku. Noc minęła dobrze, prawie 10 godzin. Dom należy do pani z telewizji, nie znam, nie poznałem, ale gotuje w TVN. Śniadanie zrobiła nam bardzo dobre, później jeszcze zagadaliśmy się, opowiadała o okolicy, dworku, życiu tutaj na wielkopolskiej prowincji. 10-ta godzina, pochmurno, trochę zimno, ruszyliśmy. Aby uniknąć niebezpieczeństw na drodze ruszyliśmy do Śremia przez pola. Ładne to miasteczko, poukładane, czyste. Ale stamtąd zaczyna się przygoda i to jaka! Celem są dęby rogalińskie. Najpierw jednak łąki i pola… dużo już widziałem na świecie, ale to mnie zachwyciło… starorzecza, rozlewisko Warty, skoszone łąki, czaple, a my w upale po piaskach przed siebie. Niebywale. Od Zbrudzewa na północ. Poezja. Cóż tu pisać? Kręcić, fotografować, zachwycać się przyrodą. Totalna cisza, którą zakłócają odgłosy odrzutowców. Nie przeszkadza mi to jednak. Czy dęby nas zdołają zachwycić? W Rogalinie wjeżdżamy na lodziarnię, pani mówi, że by zjadła, to to jemy. Ale jakie lody! Jak te łąki i pola, wyborne. Obok w sklepie uzupełniamy płyny. Na całej trasie żadnego kolarza turysty, nic! Podjeżdżamy na łąki, ale stamtąd trudno będzie się dostać do dębów, więc kierujemy się na pałac. Pałac gigant, ogromny! Wjeżdżamy na jego teren. Chciałoby się tu zostać dłużej, ale sporo mamy do przejechania. Znowu, nikogo! Środek wakacji, nie ma turystów. Za pałacem remontowana jest droga, nie zjechaliśmy na rozlewiska tam, gdzie chcieliśmy. Ale nic to, zjeżdżamy za remontem. Zjeżdża się piaszczystą drogą, w połowie już pomnik przyrody, pierwszy… a później… inna planeta. Dąb przy dębie, jeden zniszczony, inny zdrowy, jeden obok drugiego, łąki, ptaki i my. Nikogo innego. Miejsce niezwykłe. Dowiedziałem się o nim przez przypadek, gdy YouTube podpowiedział mi filmik o iluś tam miejscach w Polsce. Zapisałem, pojechałem, jesteśmy zachwyceni. Mam tylko 28mm, ale każdy obiektyw sobie tu poradzi, najlepiej jakieś telefoto, ale nie wolno mi narzekać. Giganty na łąkach… to trzeba zobaczyć, tu trzeba wracać, nie wrócić, wracać! Aż mi się zachciało czytać o historii wielkopolski, bardzo bogaty teren pod wieloma względami, ale czuję, że tu bije serce Polski. Jakoś tak to czuję, może było w szkole, ale historii jakoś nie lubiłem. Czuć to.
Trasa rowerowa Wybickiego, siedliska orła bielika, pałace, dwory, pola, łąki, jedynie minerałów brak. Ale od tego są Sudety. Co za teren, co za miejsce… polubiłem od razu. Jeździmy po tych łąkach, fotografuje, zachwycam się, a w głowie już projektuje jak to może wyglądać za rok…
A jak napiszę, że jeszcze dziś zobaczymy kolejne piękno? Czy to możliwe, że w jeden dzień tyle dobrego? Obiad zjedliśmy w Mosinie, dramatycznie słaby, jest 17-ta, co robimy? Mieszkanie mamy w Luboniu. Wybór padł na trasę rowerową wzdłuż Warty, ale jeszcze w Wielkopolskim Parku Narodowym… Szach mat. Jak to opisać? Nie mam aż tak poetyckiego języka, nie mam weny, bo mam 250km w nogach. Z prawej strony wije się Warta, z lewej potężne sosny i cudowny zapach lasu i żywicy. Jadać towarzyszy nam miły odgłos ugniatać szyszek, których nie sposób ominąć. Czasami trafi się wariat mknący na rowerze, który nawet nie potrafi powiedzieć uwaga albo przepraszam. Cudowne miejsce. Chce się co chwila zatrzymać, objąć drzewo - tak tak, ja autentycznie obejmuję i przytulam stare drzewa, tak mam k jestem całkiem zdrów. Ale nie ma na tyle czasu, tyle jest tych miejsc, drzew, widoków. Niby krótka trasa, ale pełna pereł. Tu trzeba wracać. Jedząc porównujemy różne trasy, myśli wracają do Podlasia, do trasy Sokółka - Białystok, ale z całą moją miłością do tamtych terenów, to, co widzę dziś i co doświadczam, co otula moje zmysły, to absolutny top.
Zakupy w dino na jutrzejsze śniadanie, docieramy do mieszkanka, prysznic, herbata, owoce, telefony…
To był cudowny dzień, to były 3 niezwykłe dni na rowerze przez wspaniałą Polskę. Czuję się, jakbym jeździł tydzień. Tak niewiele trzeba, aby zaserwować sobie totalny reset pełen wrażeń. Jest pięknie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz