Padliśmy przed 22. Mistrzostwa Świata? Jakie Mistrzostwa. Śledzę tylko wyniki. Za to tour de france oglądamy, wieczorem obejrzeliśmy skróty 2 etapów. Budzę się po 6-tej, boli mnie głowa. Zmęczenie po pracy wychodzi, ale taki rajd rowerowy (ładnie się na to mówi bikepacking) to najlepsze remedium. Na 8-mą idziemy do pobliskiego kościoła, na 9 śniadanie. Niby nic, śniadanie w pałacu, nie jest źle. Nagle Pani promienieje jakby ducha zobaczyła, po czym mówi szeptem, że jest tu córka prezydenta, tego byłego z mężem muzykiem. Hmm. Niech sobie jest, nie będę się rozglądał.
Przed 10-tą się rozlało. Czekamy, na szczęście nie za długo. Dobrze oceniam tutaj pobyt, pewnie wrócimy. Tak jak się spodziewałem, pola, wioski, pola. Wioski takie dzikie, zabałaganione, ludzie zapracowani. I tak mijają kilometry. Trochę deszcz pada. O sklepach możemy zapomnieć. Postanowiłem robić zdjęcia nazw wiosek, jakie mijamy. Bo kadrów to tu nie znajdę. Punktem zwrotnym w dzisiejsi dniu jest Głogówko. Nawet nie wiedziałem, że tak się nazywa to miejsce. Jest tam kościół, tak zapamiętałem jak wytyczałem trasę. Kościół, owszem, Sanktuarium. Jedziemy. Kątem oka dostrzegam kawiarnię, a Pani dziś pytała gdzie wypijemy kawę, to jej odpowiedziałem, że w Poznaniu we wtorek. A tu proszę. Kawiarnia dla pielgrzymów. Przerwa potrzebna jest. Wjeżdżamy do kościoła, robi wrażenie. Przed kościołem stoją 2 stragany, kupujemy garść moreli i czereśni. Co z obiadem? Mamy godzinę drogi do prawdopodobnej pizzerii. Szału nie ma, jesteśmy w centrum rolniczym Polski. Zjeżdżamy do Gostynia, a tu przed nami znak „zapraszamy na obiad”. Survival! Trzeba brać co jest, no to bierzemy. Ja dwa kotlety bez frytek, mięso jest mi potrzebne. Znowu przerwa. Przed 15 znowu kręcimy, ale krajobraz się zmienił. Więcej drzew i lasów, wioski bardziej zadbane. Muszę przyznać, że znowu drogi są w wyśmiejmy stanie. Zdecydowana większość jest płaska jest stół. Ładna ta Polska! Numer jeden dzisiejszego dnia, to odcinek Turew - Nowy Gołębin. Trasę miałem poprowadzoną bokiem, ale patrzymy szeroki szuter, trochę krócej, jedziemy. Akacjowa dżungla Wielkopolska! Cudownie to wygląda przy zachodzącym słońcu. Szuter zamienia się w piasek, miliony much napadają na nas. Pani jedzie i macha ręką, a ja staję i fotografuję. Wielkie akcje tworzą korytarz pośrodku którego się przemieszczamy. Od czasu do czasu trafia się gigantyczny dąb… i tak można jechać i jechać. Tylko te muchy. Niemniej być w środku Polski, w środku niczego i doświadczać takich wrażeń, w niedzielne popołudnie, kiedy jutro jest normalny dzień bez pracy, to uczucie, że nie trzeba jutro męczyć Teamsów, że myśli nie uciekają gdzieś tam do zadań niedokończonych… cudownie. Dwa razy tak dziś miałem. Wcześniej też stanęliśmy w polu, przez rzeczce, obok grodziska…to uczucie, że nie trzeba nic… czekam z utęsknieniem, by móc tego doświadczać co dnia.
Mieszkamy w ładnym dworku, tuż przed wjazdem do parku okalającego dom mówię do Pani, że super by było, jakby gospodarze poczęstowali nas zimną lemoniadą… podjeżdżamy pod dom, drzwi otwarte, wchodzę do salonu, pukam, a tu na stoliku dzbanek z wodą, z malinami i miętą… no proszę jak ładnie. Później jeszcze herbata zielona, czereśnie, jakie kupiliśmy no i jest wanna! Ostatnio w wannie byłem w RPA. Gorąca woda, 80km w nogach i zanurzenie… ale czad! Super dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz