Od poniedziałku 19.08 patrzeliśmy na prognozy. Tatry wyglądały całkiem dobrze. Jechać? Pani bardzo chciała, ja dość umiarkowanie. Przeraża mnie liczba godzin w samochodzie. Kiedyś potrafiliśmy gorszym zdecydowanie autem jeździć 2 razy w roku na Fatrę, 3 razy w Tatry na Słowację. Zmienia się świat, zmieniamy się my. Jednak w czwartek uznaliśmy, że jedziemy. Zabukowałem hotel w Strbskim Plesie przy szlaku. Cel numer 1 - to Koprowy Wierch. Nie może być inaczej, wielki niedosyt po ostatnim wejściu, kiedy była mgła, był deszcz, chcemy go zdobyć. Piątek 23.08 od rana czuliśmy się fatalnie. Dopadł nas jakiś wirus, u mnie objawiał się bólem głowy, totalnym osłabieniem, znużeniem i sennością. Taki jakiś covid jakby. Uber o 14 do Pani do biura i ruszamy. Jak zawsze czekanie w piątek na Ubera to była ekscytacja super weekendem, a tym razem - zniechęcenie, położyłbym się łóżka. 14.30 wyjeżdżamy. Jedziemy dłuuuugo za długo. Średnia prędkość to 48km/h. Jak ja narzekałem... stwierdziłem, że dopóki autostradami nie da się dojechać pod Tatry, już mnie tu nie zobaczą. Słowacka jedynka co prawda jest, śmieszy mnie tempo prac. W okolicach Rużomberoka od lat nic się nie zmienia. Jakbym sam machał łopatą. To co jest autostradą, jest w marnym stanie. Dziury, remonty itd. Byłem bardzo zły, na co? sam nie wiem, na wszystko. Dojechaliśmy.
Rano śniadanie w hotelu, nie mam apetytu. Przed nami długa trasa. Do rozwidlenia tras między trasą na Rysy a Koprowy idziemy w tłumie. Sporo turystów, sporo Polaków, jakby odpuścili sobie rodacy Zakopane i wpadli tutaj. Liczyłem, że już na Koprowy będzie pusto, nic z tego, na Koprowy idą tłumy. Trasa podobna do wejścia na Chatę Teryego. Idziemy dobrze, szybko, biegi robią formę. Mamy sporo picia, więc pozwalamy sobie na tankowanie co kilometr. Na szczyt jakieś 10km, słońce mocno grzeje. Cieszy mnie forma, ustępujący ból głowy, który w nocy nie dawał mi spokoju. Na szczycie mnóstwo ludzi, ledwo znajdujemy miejsca do siedzenia. Rysy robią wrażenie, górują w okolicy. Na szczycie spędzamy jakieś 45 minut, nie potrafię się cieszyć szczytem, choć tak długo na wejście czekaliśmy. Markotny jestem. Zeszliśmy pod Hincovo Pleso, tam rozbijamy obóz, kładę się i zasypiam. Norma, lubię tak. Po kolejnych 30 minutach przerwy ruszamy w dół. Tłum schodzi z gór, schodzi z dwóch szczytów, kumulacja tłumów. W sumie jak tak policzę kontynuując moje marudzenie - długi dojazd, hotel taki se, tłum w górach... no lipa. Ale jest weekend, jesteśmy w Tatrach, chodzimy. W Strbskim Plesie szukamy restauracji, pierwsza z brzegu - tylko gotówka, nie chodzę do takich. Idziemy do kolejnej, zimna kofolka smakuje wybornie. Czekając na posiłek patrzymy na mapę i ustalamy plan na jutro. Okazuje się, że droga między Martin a Żyliną jest zamknięta... no nie, wracamy tak samo, jak tu przyjechaliśmy. Znajdujemy trasę w Tatrach Niżnych, jest plan na jutro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz