muzyka grała do 4 w hotelu. Niefajnie, że na recepcji nic nie wspomnieli, choć przez booking dostałem informację o imprezie. Śniadanie takie se, ale w sumie wszystko było. Jajecznica to podstawa, bo "trzyma długo". Wyjazd około 9, rundka po rynku, jest już gorąco. Rynek jest naprawdę ładny, a za rynkiem? no cóż, szara rzeczywistość, także urbanistyczna. Mijamy dwie seniorki maszerujące w lesie z kijkami, zawsze to miły widok. Bardzo ładny kawałek trasy w okolicach Racławic, łąki, pola, miło. Reszta trasy? hmm... no taka jurajska. Chciałem podjechać w Paczółtowicach na pole golfowe, ale znaku nie znalazłem, a byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się szukać. Ten podjazd tam boli... oj boli. Dwóch "rowerzystów" jak zjechało z górki z impetem nas wyprzedziło, ale pod górkę już pchali rower. Później pod Czerną znowu nas wyprzedziło. Ciężko znaleźć coś fajnego na trasie. Moja złość i zmęczenie skumulowały się w Krzeszowicach, no tak wyszło, do tego nie poszukaliśmy jakiejś Żabki, by uzupełnić płyny, a jakieś pewnie sklepy były. Byle dojechać. Podjazd pod Podzamcze w cieniu, jest chłodno, jest ulga, lecz później na wschód lasami - oj pagórkowato. Na tym etapie z niewyspaniem każda górka jest bolesna i męcząca. Las także nic specjalnego. Więcej kolarzy, wiadomo, bliżej Krakowa. Okoliczne wioski - także urbanistyczny i architektoniczny horror. Warto wspomnieć jeszcze jedno miejsce, kapitalny punkt widokowy i kadrowy - miejsce za Kleszczowem, gdzie droga skręca 90 stopni w prawo. Pięknie widać Cracow down town i lotnisko. Oj gdyby miał odpowiedni obiektyw... Płyny uzupełniamy w pierwszym sklepiku na drodze, zas obiad - nie czekamy do Krakowa, pasuje menu, siadamy i... czekamy na danie. Ponad 40 minut, ale miło, kelner przeprosił, dostaliśmy upust. Powrót mamy pociągiem około 20, mamy kupione bilety, ale traktujemy to jako backup. Patrzymy na zegarek i kupujemy inne bilety wcześniej. Jakaż to była miła chwila, gdy na Błoniach - byłem tam pierwszy raz - zobaczyłem charakterystyczny znak z kropką, oznaczający początek lub koniec szlaku. Dal nas oznaczał to drugie. Jakże miło! daliśmy radę, choć trasa mimo to była żmudna i mało atrakcyjna. Tick, done, przejechane, nie wracamy. Kraków? Wakacyjna niedziela - tłumy wszędzie, totalnie wszędzie. Wyjechaliśmy nagle na Felicjanek, ulicę, którą pamiętam z zimy, fajnie. Chwilę pojeździliśmy po Krakowie, pociąg i do domu. Zrobione! Czwarty wielki szlem rowerowy zaliczony. Piąty szlem - Velo Dunajec - nie w tym roku. Musi poczekać. Ależ to nas wymęczyło, do tego stopnia, że długi weekend 15.08 postanowiliśmy zostać w domu i pomieszkać, odpocząć od wyjazdów. Lato jest bardzo udane w tym roku, co prawda w Tatry nie jeździmy, ale rowerami odkrywamy wspaniałe miejsca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz