Budzik zadzwonił o 6.30. Nie mamy tu śniadania, zakładamy, że zjemy coś w Zarkach, może Żabka, może inny lokal. Pakować nie ma co, mamy tylko małe plecaczki. 7.15 wyjeżdżamy, nieco z duszą na ramieniu z uwagi na oponę. W Okolicach Czatachowej wyjeżdżamy z lasu, polana, a tu przed nami… magii ciąg dalszy… dwa stragany, gdzie przygotowują jedzenie! Na polanie trochę aut, namioty. Patrzymy na to, jak na kosmitów. Pytamy się, czy mają śniadanie? Spróbujmy. No pewnie, że mają, gotują dla tych, co na polanie. Na śniadanie jajecznica z 3 jajek. Pytam, czy nie dałoby się tam jeszcze ze 2 dorzucić. Da się! No i tym samym jemy o 8 rano na polanie wybitne pożywne śniadanie. Niesamowite. Jedziemy dalej, Żarki. Cóż… cofam się o 30 lat, jest targ. Pani mnie wczoraj uprzedzała, że będzie Salamanca (to cosobotni targ w Hobart). W Zarkach jest inaczej, da się kupić wszystko - lodówki, kanapy, owoce, ciuchy, a pewnie i auto. Duży i zatłoczony. Przesuwam się między ludźmi. Słyszę te rozmowy. Cash is King tutaj. Nie mój klimat, ale jedno trzeba przyznać - żywność tu jest na pewno zdrowsza, niż ta, która jemy, choć i tak dbamy o to bardzo na co dzień. Ufff. Minęliśmy, za Żarkami bardzo ładny kawałek szlaku na wschód przez Mirów i Bobolice. Muszę powiedzieć, że nawierzchnia i oznakowanie, jak wczoraj, trzymają wysoki poziom. Miło się jeździ. W sumie ładne tereny się tu skończyły. Kolejne miasteczka nic ładnego w sobie nie maja. Podlesice? Ciekawa kawiarnia, ale wolimy jechać dalej. Ogrodzieniec? Proszę. Zatrzymaliśmy się przy sklepiku, dwóch pijanych się kręci. Brzydko i kiczowato. Później lasy, góra dół, nie jestem w stanie wskazać czegoś, co mnie ujęło. Po prostu jadę, bo jest szlak. Chcemy go przejechać, ale już wiemy, że nie ma co go powtarzać. Jak zdołamy przejechać całość, będzie tick, done, zrobione. Robi się ciepło, parno, podjazdy męczą. Przed 16 wjeżdżamy na rynek w Olkuszu. Ładny! W końcu coś, co warto zobaczyć. Dobra restauracja, ależ byliśmy głodni. Wczekowanie do hotelu, prysznic, kościół, frappe. Na kawie patrzymy na to, co robimy w przyszły weekend. Przy tylu wyjazdach w tym roku, nie pogniewam sie, jak będzie lało całe 4 dni. Plany wyjazdowe są bardzo ciekawe, ale wiem, że w poniedziałek muszę ogarnąć wymianę opon w rowerze, strach jeździć dalej na tym, co mam. Dziś zauważyłem dwa rozcięcia i byle do Krakowa jutro. Wieczór, to książki i jazz. W hotelu jest impreza, głośno grają, ale mam tabletki na sen. Jutro ostatni etap i bardzo się na niego cieszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz