Jakieś przyjemne feng shui, inna Częstochowa, taka ładniejsza. Jadąc z A4 to miasto jest strasznie zaniedbane, dziś ten kawałek robi naprawdę dobre wrażenie. Ciekaw jestem jak będzie oznakowany szlak i jest dobrze. Jest pomnik symboliczny informujący o początku trasy rowerowej. Większość drogi jedziemy dobrą nawierzchnią, szerokim chodnikiem albo drogą rowerową. Jestem pod wrażeniem. Czerwone znaki nas dobrze prowadzą i w sumie nie muszę się nawet patrzeć na telefon. Ładne lasy za Olsztynem, wioski zadbane. W piątkowy wieczór ludzie koszą trawę i krzątają się wokół domów. Ruch na ulicy praktycznie nie istnieje, przyjemnie się jedzie. Mamy kilometr do Złotego Potoku, gdzie mamy pierwszy nocleg. Wyjeżdżamy z lasu, wrażenie na mnie zrobiły drzewa okalające drogę, słoneczniki po prawej, a po lewej pole z ładnym zagajnikiem. W oddali słyszę odgłosy piłkarzy, gdzieś ktoś gra. Robię zdjęcia póki jeszcze słońce świeci, jest około 20. Wsiadam na rower, kręcę… coś ciężko idzie… guma. Och… ale jakoś w ogóle mnie to nie przeraziło. Dziwne. 160 km przed nami, taki dramat… mam 2 dętki, mam pompkę, do ogarnięcia. Patrzymy, opona przecięta. Nic, idziemy pieszo do naszego pokoju. Po chwili uznaliśmy, że Pani pojedzie szybciej, bo właścicielka na nas czeka. Ja idę pieszo… idę i rozmyślam, ale ani przez moment nie tracę nadziei. Po kilkunastu minutach Pani dzwoni - mówi, że właścicielka nam może pomóc, bo zna człowieka, który naprawia rowery… przychodzę do naszego miejsca spoczynku, pani właścicielka niezwykle miła stara się dodzwonić do znajomego. Mówię Pani „nie martw się, biały samochodzik”. To hasło powstało w RPA, gdy schodziliśmy drugiego dnia z trasy Fannie Botha, szła burza, mieliśmy kilka kilometrów do pokoju, uspokajałem Panią, że będzie dobrze, przyjedzie samochód, biały i nas podrzuci. I dokładnie tak się stało! Auto było białe! Podobnie było w Albanii, gdzie ciężarówka nas zgarnęła, jak roztapialiśmy się w upale. Teraz pani mówi - jedziemy do gościa, zobaczymy. Idziemy za dom… biały suv. Wiedziałem, że będzie dobrze. Wpakowaliśmy rower na tylne siedzenia, podjeżdżamy 5 minut. W rzędzie chlewików jedne drzwiczki są otwarte, świeci się światło, stoją dwa rowery - dobrze to wróży. Po chwili wychodzi umorusany człowiek od wszystkiego z papierosem, a jak. Bierze sprawy w swoje ręce. Po 20 minutach rower nadaje się do jazdy. Niezwykle miły i skromny gość. W tej swojej dziupli miał wszystko - gołębie, węgiel, wszystko śrubki, młotki i klucze świata. Zapytałem go, czy mogę zrobić zdjęcia w jego warsztacie, ale pokręcił nosem i wąsem, zgody nie dał. Już na tyle długo robię zdjęcia, żeby wiedzieć, aby w tym momencie nie nalegać i się wycofać. Rower zrobiony. Trafiłem na niezwykle uczynnych ludzi, którzy pomogli mi i nam na początku pięknej wyprawy. Jest wycieczka, jest przygoda. Takie chwile zostają na zawsze. Ja jestem dumny, że ani na moment nie zwątpiłem, że rozwiążemy sprawę. Jutro długi dzień, 100km do Olkusza. Śpimy w małej skromnej izdebce przypominającej mi ugandyjskie Kasese, ale z przemiłą właścicielką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz