półtorej godziny zajęło nam przejechanie z Kaczawy przez Świeradów do Nové Město pod Smrkem. Strasznie uciążliwe, choć widoki przednie. Jechaliśmy kawałkami Pętli Lwóweckiej. Na parkingu pod Smrekiem miły pan pokierował nas, gdzie mamy zaparkować, skasował 20zł i poszliśmy w góry. Jest piękna pogoda, słonce świeci, lecz nie grzeje. Idziemy rzadko uczęszczaną trasą, mam przyjemność fotografować grzybki i nie tylko. Mały krokami do celu. Im wyżej, tym tłoczniej. Na szczycie - tłumik, mnóstwo rowerów. Ale czemu się dziwić? Ostatni tak ciepły weekend, a za rogiem wyciąg. No to wszyscy cisną w góry. Jakbym mieszkał bliżej, pewnie żebym tu był. Izery... wreszcie. Tak ładnie, tak rzadko. 2 razy do roku tu bywamy, we wrześniu. Latem podpatrujemy z Pętli Lwówieckiej, genialnej trasy rowerowej. Ale zanurzyć się tu w listopadzie... w puste Izery - ta wspaniała i rzadka przyjemność. Ale wrócimy tutaj w tym okresie jeszcze. Zejście również nie obfitowało w problemy czy niespodzianki. Przyjemny szlak, wspaniały klimat i powietrze. Staram się odpoczywać po trudach tygodnia. Czwartek był zakręcony, z Panią usiadłem raptem na 30 minut, ciągle coś. Gdy piszę te słowa tydzień później mam już nadzieję, że wraca normalność. Obiad w mieście, kachna, czyli kaczka. A jakże... Wieczorek był ciekawy. Spaliśmy w hotelu na skraju Świeradowa. Ładny, musze przyznać. Podczas wczekowania zauważyłem szyld "jazz club". Długo nie czekaliśmy, poszliśmy tam. Wczoraj była muzyka na żywo, dziś z taśmy. Puściutki klub, usiedliśmy i zaczęliśmy przeglądać kolejne trasy, jakie przed nami na ekspedycji. Tak minął dzień, sobota. Krótki dzień, znowu sporo w aucie, ale i tak trasa w góry się udała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz