Dziś śniadanie wziąłem bardzo lekkie, chcę znowu poczuć głód. Po posiłku idziemy do banku, chcę przesłać pieniądze do Elbasan, bo za mało mnie skasowali. W takich tematach jestem wyjątkowo honorowy. Po 10 wyjeżdżamy do Gramsh. Wyjazd z Korcze to istna męka, a każde skrzyżowanie to horror. Nie istnieją żadne, totalnie żadne przepisy, a pasy na drodze... albo są wyblakłe albo w ogóle szkoda farby. Miasteczko Maliq - pierwszy raz widzę tutaj drogę rowerową. A później zaczyna się. Droga SH 71, do Gramsh. Absolutny top na naszej wyprawie. Na początek stary asfalt, mało dziur, trudno się jedzie, ale to tylko pozory. Jedzie właśnie się bardzo dobrze, bo nie ma innych aut. Otaczają nas surowe góry oraz pozostałości po starych fabrykach. Czy ja pisałem, że przed wyjazdem czytałem „Albania - kraj orlich synów” Kurta Seligera? Nie? Książka napisana po wojnie przez Austriaka, który przyjechał tutaj i obserwował, jak kraj się podnosi po wojnie. No właśnie ślady tego „podnoszenia” właśnie obserwujemy. Trasa ma około 60km, ale mogłaby być celem samym w sobie na foto relację, jest pięknie. W pewnym momencie dojeżdżamy do skrzyżowania, w lewo szuter, w prawo asfalt. W środku niczego. Znak pokazuje na prawo do Gramsh, Google Maps - w lewo. Wtem wyjeżdża stary volkswagen, wychodzę, pytam - jednak asfalt. Nie ma przypadków, Opatrzność znowu daje nam ludzi pomocnych na drodze. Droga asfaltem wiedzie aż do Gramsh. Po lewej mamy Park Narodowy Tomor, po prawej góra Valamarës. Mijamy ogromną zaporę, później jedziemy głębokim kanionem rzeki Devoll. Rewelacja. Pani na każdą moją prośbę zatrzymuje się, bym mógł zrobić zdjęcia. Miejsc i kadrów było znacznie więcej, niż mych próśb, ale nie mam sumienia zatrzymywać auta co chwila. Ilekroć wyjdę z auta, wyczuwam inny klimat, powietrze jest cieplejsze z nutą cytrusa. Jeśli planujesz objazd Albanii - gorąco polecam zarezerwować sobie na ten przejazd kilka godzin z częstymi przerwami na zdjęcia. Nam przejazd zajął 3 godziny.
Gramsh. Hotel. Nowy budynek, na półpiętrze siedzi właścicielka, ani słowa po angielsku. Google translator i gadamy. Kto więc nam załatwił kierowcę na jutro? Córka, lecz jej nie ma. Dogrywamy szczegóły jutrzejszego wyjazdu w góry. Kierowca przyjedzie po nas o 6, pojedziemy godzinę do Dardhë. Stamtąd pójdziemy w góry, a on na nas zaczeka, by wrócić do hotelu. Tak przynajmniej dogadaliśmy się. Idziemy na miasto na obiad.
Co za nora... pusto, brzydko, marnie. Jedyne, co jest przyjemne, to zapach unoszący się w powietrzu, raz lawenda, raz rumianek - wyborne. Gramsh przypomina mi najgorszą wioskę na Słowacji, choć i tak ta Słowacka jest od Gramsh ładniejsza. Siadamy w restauracji na 3-cim piętrze, patrzymy na jakiś urząd, muzeum i policję. Ruina. Po obiedzie idziemy na kawę. Istna smoła, nie kawa. No ale tak tu już mają. Po 17-tej leżę już w łóżku, piszę te słowa i pakujemy się na jutro, zaczynają się prawdziwe góry.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz