Rano obudził nas deszcz. Obudził... kto spał, tego obudził. Ja leżałem 10 godzin, a ile spałem? Chyba przechodzę aklimatyzację. Po 7-ej schodzimy na śniadanie. Gdyby był ranking krajów wg ilości podawanych dań i ich jakości, Albania z pewnością zajmowałaby czołowe miejsce. To element ich gościnności i kultury. Siadamy, pani przynosi listę, by zaznaczyć co chce się zjeść na śniadanie. Już to gdzieś widziałem. Hmm no jajecznica obowiązkowo, co tam mamy jeszcze, szynka, jasne. Później ser, no bo jak to, sok, herbata tylko czarna, jeszcze ciasto na deser no i kiełbaski. Myślałem, że będzie tego wszystkiego po trochu, by posmakować... było obfito przez duże 'O'. Matko, ile jedzenia. Co ja narobiłem? Nie zjadłem wszystkiego, no bo jak. Jutro biorę mniej niż połowę z tego. Na dworze zimno, bez deszczu. Kładziemy się jeszcze, pani czyta książkę, ja usypiam. Jest 9.30, coś się przejaśnia. Zamawiamy taksówkę, nie ma pogody, by iść po grzbiecie masywu roztaczającego się nad Korcze. Taksówka za 6 Euro zawozi nas pod górę Maja Shëndëllisë. Coś jak nasza Równica. Są tam dwa „hotele” i krótka trasa w stronę ogromnego krzyża i kościoła św. Eliasza. Co robimy dalej. Patrzymy w niebo, chmury, mgła, idziemy na szczyt Maja Çardhakut. Szukamy drogi na Google Maps, bo tutaj szlaków nie ma.
Okolice stanowią niezwykłą mieszankę klimatów znanych nam z RPA, Tasmanii, Ugandy i Rudy Śląskiej. Tereny wyglądają jak porośnięte hałdy, po których hasają owce, konie i osły. Szeroka nowa droga prowadzi na sam szczyt. Idzie się zakolami, im wyżej, tym zimniej. Na szczycie widzimy z daleka radiostacje. Na szczycie mgła. Idziemy pod zabudowania. Jest tam stara wieża, otoczona płotem z informacją, że to obiekt militarny. Obchodzimy wysoki płot z blachy, stajemy na szczycie. Za chwilę sprawy potoczą się błyskawicznie - słyszymy szczekania. To kilka psów zza bramy. Mówię - ok, widzę psy, są za bramą. Mijają 2 sekundy... już nie są za bramą. Jakoś stamtąd wyszły... spadamy. Powoli, ale stanowczo oddalamy się. Psy nadal szczekają. Najwyraźniej są tak gościnne, jak Albańczycy. Pani dostrzega w dali „bramę do skał”. Wygląda na jakiś stary bunkier. Idziemy. Faktycznie, to jeden z tysięcy bunkrów, które rozsiane są po całej Albanii. Myślę sobie - ile wtopiono w ten kraj pieniędzy. Te bunkry, ta linia kolejowa, którą widzieliśmy między Elbasan a Pogradec z tunelami i wiaduktami, dziś nieczynna, o ile kiedykolwiek była w użyciu. Co za kraj. Schodzimy. Na przełęczy, gdzie wysadziła nas taksówka dostrzegamy małą restaurację. To jedyne miejsce w okolicy, gdzie mieszkają ludzie. Zamawiamy kakao na rozgrzanie, po czym schodzimy do Korczy drogą. Niezwykły widok - pomiędzy górami jest totalnie płaski teren, na którym rozłożyło się miasto Korcza. W hotelu prysznic i idziemy do restauracji In Gallery. Polecam Lamb i Pork belly, wyborne. Zaciekawiła mnie muzyka płynąca z głośników - etnograficzny chillout z domieszką orientu. Jutro jedziemy do Gramsh, a stamtąd wejście na górę Partizanit.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz