Ostatni dzień naszej podlaskiej pięknej podróży. Po śniadaniu idziemy po rowery, mały bagaż zostawiamy w hotelu, który jest niezwykle pomocny. Jedziemy najpierw na kawę, a później w Białystok. Zachwyca mnie kultura, spokój, ludzie ładnie ubrani spacerujący po mieście. Jedziemy do ogrodów Pałacu Branickich, później do okolicznego parku. Jest ciepło, wręcz gorąco. Gdzie nie spojrzeć to drogi rowerowe. Nie planowaliśmy, a znaleźliśmy się pod stadionem Jagielloni. Polskiej ligi nie oglądam, ale zawsze fajnie zobaczyć stadion. Choć ten do najładniejszych nie należy. Po obiedzie mamy jeszcze chwilę, siadamy na ławeczce na skwerku obok dworca. Pięknie jest, cudowny pomysł, wszystko nam się ułożyło. Jakieś 30 minut przed odjazdem podjeżdżamy na dworzec, bardzo ładny. Pociąg do warszawy już stoi, montujemy rowery i siadamy. Dziś kolarzy jest więcej. Miła atmosfera. Ruszamy i patrzymy na okoliczne stacje, bo tu jest potencjał rowerowy, Narwiański Park Narodowy chyba weźmiemy za cel na przyszły rok. Warszawa... przyjechaliśmy z kilkuminutowym opóźnieniem. Mamy ponad godzinę do kolejnego pociągu... to co, kawa? Mamy swoją ulubioną kawiarnię, obok Pałacy Prezydenta. Niedziela, 3.05, późne popołudnie, stolica... jedziemy na kawę. Wyjeżdżamy z dworca... entuzjazm prysł. Podobne uczucie do tego, jak przylecieliśmy z antypodów i wszedłem do biedronki na dworcu po coś do picia... witaj rodaku. Nie będę więcej komentował, bo nie wypada mi pisać o myślach, jakie przyszły mi do głowy jak zacząłem przeciskać się przez ludzi, a później drogami rowerowymi. Choć optymistycznie coś - auta nas potraktowały dość uprzejmie, ale otoczenie... kawa była świetna. Wypiliśmy i w drogę z powrotem. Pociąg przyjeżdża z lekkim opóźnieniem... później stoimy, długo stoimy. Jakieś 90 minut opóźnienia, znowu wypadek śmiertelny...Spać poszliśmy o 1 w nocy, uśmiechnięci i szczęśliwi po super weekendzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz