Najpierw uzupełniamy spiżarnię, czyli to, co zawsze robimy po przylocie - picie, jedzenie, snacki, kosmetyki. Upatrzyłem Leclerca w Saint Gaudens. Jedziemy autostradą, w Tuluzie jeszcze ruch spory, ale później już znośnie. Za oknem szału nie ma, przypomina trochę trasę Kapsztad-Stellenbosch bez slamsów. Kropi deszcz. Autostrady są tu płatne na bramkach. Zjeżdżamy do sklepu. Najpierw intersport by kupić gaz. Nikt nie mówi po angielsku. To już wiedziałem wcześniej że Francuzi są z tym na bakier. Gaz kupiony, czas na Leclerc. W Polsce dawno nie chodzę do tego sklepu, bo jakościowo i tak ogólnie sklep mnie odraża… ale nie tutaj… Wstyd mi naprawdę i żal. Było tak w Nowej Zelandii, było w RPA rok temu, jest i tu. Sklep jest piękny. Dział mięsny na początku… wybór od stóp do głów, niemal dosłownie, ładne mięso. To samo z napojami, herbatą, miodami itd. Owoce lokalne, francuskie. Sery? Rany… głowa mała. Sklep czysty, poukładany… taka jest normalność tu i w innych krajach. Jak sobie spojrzę na wybór towarów w Polsce i generalnie ład skład… to sobie myślę, jak daleko jesteśmy i gdzie został popełniony błąd. Smutno, bo tak chce się robić zakupy. Kupiliśmy co trzeba, ani centa gotówki. Jak to do auta przeniesiemy? Nie mamy dużego kosza, bo nie miałem euro, by go zabrać. Co robić? Wpadam na pomysł, by zapytać chłopaka rozkładającego towar. Mówi po angielsku. Pytam, czy ma jakiś wózek może. On mówi, że trzeba wziąć z zewnątrz, wyjmuje z kieszeni 50 centów i mówi “masz, weź to, nie musisz oddawać, weź sobie wózek”. No proszę, prawdziwa Francja zaczyna się właśnie.
Jedziemy do Saint-Bertrand-de-Comminges, miasto istniało już przed naszą erą. Parkujemy na dużym placu u podnóża katedry. Idziemy na górę. Wąskie uliczki, kamieniste domy, wielka katedra… robi wrażenie. Kilka knajpek dookoła. Fajna ciastkarnia. Jest sklepik z akcesoriami skórzanymi. Wszędzie cisza. Pani w sklepie szyje w pełnym skupieniu jakąś torbę. Aż miło popatrzeć. Pytam, czy mogę zdjęcie, nie zgadza się. Cudowny klimat miasteczka. Chcemy napić się kawy, siadamy. Czekając przysiada się do nas starsze małżeństwo. Pan ma na sobie bluzę z Nowej Zelandii… nie może być! Pytam, czy są Kiwi. Nie, ale 6 lat temu byli na północnej wyspie. Ja pokazuje swój polar i flagę na ramieniu… no i się zaczęła rozmowa. Mieszkają 1.5km stąd, po prostu przyjechali na kawę i wino. Pani mówi łamaną angielszczyzną i się świetnie dogadujemy. Po chwili pan wyciąga ciasto z torb, kroi i nas częstuje. Co za kraj, co za mili ludzie. Wspaniałe chwile. W tym samym miasteczku spacerujemy jeszcze wokół starego cmentarza i ryneczku. Bardzo ładne miejsce.
Jedziemy do Bagnères-de-Luchon. Tu kolejny hit. Rano wyczytałem na booking, że napisali mi, że w mieszkaniu nie ma ręczników ani pościeli. Co to za standard. Pierwsze pytanie Pani - czy możemy to odwołać? Nie bardzo, potrącili już. Dzwonię. Jest możliwość dostarczenia, ale dopłata 17 Euro, na miejscu okazuje się, że 19. Niech mają. Starsza pani na nas czeka, też słabo z angielskim, ale się dogadujemy. To miasto, które najlepsze czasy ma chyba pół wieku za sobą. Wielki pałac, hotele popadają w ruinę. Mieszkamy na jakimś takim starym osiedlu. W mieszkaniu linoleum, standard poniżej słowackiego. Nie ma co narzekać. Dziś miałem taki moment, że pomyślałem sobie czemu nie jechaliśmy do Nowej Zelandii, strasznie tęsknię. Można było, przecież wyszłoby niewiele drożej… Ale Pani mnie postawiła do pionu i ma rację. Taką decyzję podjęliśmy dawno temu, nie wolno mi narzekać ani marudzić. Cieszę się każdą chwilą tutaj. Ogarnęliśmy się chwilę w mieszkaniu i idziemy na obiad, padam z głodu. Wczoraj bez obiadu, a dziś od rana marne śniadanko, ciasteczka kruche i ciasto od tych Francuzów. Jemy wspaniałego steka. Choć musieliśmy poczekać, bo o 18.30 pani w restauracji powiedziała, że obiady od 19. No nie… ja tu na oparach, a muszę czekać. Ale było warto. 21.00 leżę i piszę i czuję zmęczenie. Jutro już powinny być góry, ale prognoza pogody pokazuje niestety deszcz… no nic, biorę co jest, nie marudzę, coś na pewno wymyślimy. Przed snem francuskie kakao i serial “Przygody psa cywila”, klasyka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz