Wczorajszy dzień dał mi solidnie w kość. Mówię sobie, że nawet w tour de France jest dzień przerwy. Tutejsze piaskowe ścieżki dają w kość. Śpimy coraz lepiej, ponad 7 godzin każdej nocy. Nasz dzienny rytm wyznacza pora śniadania - okolice 8 oraz najpóźniejszy sensowny termin jedzenia obiadu na Przystani, czyli 19-ta. Jak zjemy rano śniadanie, tak trzyma cały dzień. Dziś rano śniadanie, bez pośpiechu. Później kościół, a po nim lody - wyborne, te dalej od ulicy. Po 11 pakujemy rowery, jedziemy do wioski Łoboda. Pełne słońce, upał. Zatrzymujemy się na sporym jak na takie miejsce parkingu przy Jeziorze Trzcianno. Mało kąpielowiczów. Sennie kręcimy pedałami. Siadamy przy Jeziorze Wielkie Zdrojno. Ktoś w oddali się pluska, pani otwiera tablet z książką, ja idę robić zdjęcia nad wodę. Nicnierobienie. Woda czysta, ryby te same, co wczoraj - płocie. Te drogi z piaskiem to drogi leśne dopuszczone do użytku publicznego. Służą one lokalsom do przemieszczania się między wioskami. Po trudnych tygodniach w pracy odżyliśmy tutaj, regenerujemy umysł, męczymy ciało, ale suma sumarum - jest to dla nas ogromny odpoczynek. Jak ja mogłem się wahać czy jechać na Morawy? Morawy są piękne, ale Bory mnie zachwyciły. Do tego stopnia, że mamy już kilka noclegów zabukowanych na listopad. Jestem ogromnie ciekaw, jak te lasy wyglądają u schyłku roku. Obiad w Przystani, jak zawsze, dziś pstrąg. Jest godzina 18, siedzę na balkonie, piszę te słowa i przed nami co najmniej 4 godziny odpoczynku. Jutro zapowiada się wspaniała trasa rowerowa, ostatnia na tym pobycie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz