To miał być spokojny relaksujący dzień. Podjechać pod Park, pojeździć, wrócić nabrać sił. Nic z tego. Droga 22 w remoncie, podjeżdżamy do miasteczka Rytel, Pani ma mapie wyczaiła, że obok centrum kultury na pewno będą miejsca parkingowe - były. Kręcimy. Do Parku mamy jakieś 25km, niby nic, ale bo tym rowerowym maratonie - to boli. Tym bardziej, że dookoła miał być las, a lasu nie ma. W 2017 roku przeszedł tu huragan i wyciął 30 tysięcy hektarów. Ciężki widok. Jest znak „droga leśna”, a jedzie się przez stepy. W końcu docieramy do bram Parku Narodowego, ani śladu ludzi. Jest dobrze! Wystarczy wjechać i zaczyna się leśna magia. Pierwsze co rzuca się w oczy, to to, że są drzewa. No bo obok był huragan. Tu się jakoś obeszło bez wiatrów. Drugie - że te drzewa rosną naturalnie, nie w rzędach, no bo nie są sadzone przez ludzi, to nie las gospodarczy. Ogromne sosny i te zielone runo. Kapitalne. Wokół tlenia jest podobnie. Jezioro Ostrowite, woda kryształ, jak w Nowej Zelandii, plocie podpływają pod sam brzeg. Nastrój psują ludzie, ale do tego trzeba przywyknąć. Brak kultury na rowerze. Robisz miejsce na ścieżce, ani dzień dobry, ani dziękuję. Równie ładne jest Jezioro Jeleń, można podejść pod sam brzeg, przynajmniej ścieżki do tego zachęcają. Pamiętam po nauczce z Białowieży, że w Parkach Narodowych nie schodzi się z wyznaczonych ścieżek. Warto zobaczyć Dąb Bartus, który nie jest nigdzie oznaczony, a drzew liściastych tu jest niewiele. Tuż obok niego jest most, stoję, patrzę, a tam płocie pływają, co mają ponad pół metra tak na oko. Giganty. Pani sugeruje, aby pojechać na Małe Swornegacie, pojechaliśmy. Droga bardzo piaszczysta, takich nie cierpię. Tu sporo jest turystów, więcej, niż w lesie. Później korci nas wieża widokowa w miejscu Kokoszka. Okazało się, że to nie wieża, a coś w rodzaju ambonki, gdzie można podglądać ptaki. Jedziemy dalej na północ do Swornegacie, dalej po piachu i wolno. Tam już mnóstwo ludzi, skręcamy na wschód niebieskim szlakiem. Wracamy do Parku Narodowego. Ładne widoki na Jezioro Krasińskie. Zmęczenie mnie dopada. A tu takie kadry! Coraz bardziej rozważamy powrót tu w listopadzie, może nawet da się zabrać rowery. Najładniejszy kawałek lasu jest właśnie teraz, kiedy mamy złotą godzinę, nisko słońce, a ja ledwo stoję na nogach. Kawałek od Jeziora Płęsno na południe. Magia. Z trudem docieramy do auta, jestem naprawdę wykończony, każdego dnia niezły wysiłek, no ale nie przyjechałem tu siedzieć w hotelu. Jutro naprawdę już lżejszy i fotograficzny dzień. W Przystanku Tleń jem to, co wczoraj, piersi z kurczaka, ale jak zrobione… magii ciąg dalszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz