Ostatni etap podlaskiej przygody. Noc była koszmarna, w hotelu były urodziny i dudniła muzyka do późna. Coś spałem, coś się męczyłem, ale wyspany na pewno nie byłem. Rano do kościoła, później dobre śniadanie i w drogę. I to jaką! Zanim poznałem Dęby Rogalińskie, tą trasą była numerem 1. Pamiętałem każdą przerwę, każdy przystanek. Nie inaczej było dziś. Upał, a my kręcimy. Drogi są puste, więc można kręcić. Niewiele zmieniło się otoczenie przez te 2 miesiące z kawałkiem, byliśmy tu 24.05. Zatrzymujemy się na ławeczce na przystanku, w Kopnej Górze, przy kapliczce, przy Sokołdzie, na mostku... jak po sznurku. Nie ma mowy u nudzie, jest zachwyt i radość, że drugi raz w my roku możemy tu być. Dzisiaj jedziemy nową drogą do Supraśla wcześniej skręcając na mostek, genialne rozwiązanie. Tutaj kończy się odludzie i cisza. Kończy się to, po co przyjechaliśmy. Pijemy kawę na rynku i do tatarskiej restauracji Green Velo. Stamtąd do hotelu. Pięknie było dziś. Tak to sobie wymyślimy, że bierzemy urlop jutro i pobędziemy chwilę w Białymstoku. Prysznic, chwila odświeżenia i idziemy na kawę. Siadamy w Dużym Pokoju, zamawiamy kawę i wracamy do intensywnego planowania naszej miesięcznej ekspedycji. Poszło nam nieźle, bo siedzieliśmy dwie godziny, mapa, booking, burza mózgów i dokręciliśmy plan ramowy. O szczegółach niebawem.
Wieczorem laba, golf playoffy i czytanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz