Wysiedliśmy w Sokółce, chwila oddechu i czas zacząć przygodę. Najpierw hotel, testujemy nowy lokal, tam zostawiamy nasze ciuch i ruszamy w drogę. Dziś relatywnie krótka trasa, do Krynek. Najpierw asfaltem przez wioski, mimo że piątek, jest pusto. Pola, drogi, łąki, szóstko piękne. Słońce grzeje. Jak miło było, gdy zobaczyliśmy kościół w Samogrodzie, byliśmy tu podczas ostatniego pobytu. Wrażenie na mnie zrobiła wioska Usnarz Górny. Stare chałupy, wielość opuszczona, rozpadająca się, mieszka tu może kilkanaście osób. To co zostało, to ładnie, kwiaty obok domów, charakterystyczna kostka brukowa.
Wszędzie nowy dobry asfalt, co jest charakterystyczne dla Podlasia. Ciekawie robi się w Krynkach. Jak planowaliśmy trasę, ubzdurałem sobie, że pojedziemy zobaczyć ostatni dom na drodze do granicy. Ok. Jest i ten dom, ale ścieżka prowadzi dalej, żadnych znaków, żadnych zakazów. No to kręcimy. Krzaki są coraz gęstsze, ale ścieżka przejezdna, kręcimy. Widać już płot graniczny. Pani mówi - dalej nie jadę. No dobra, ja stanąłem, rozglądam się, ani żywej duszy. Granica, jak granica. Aż tu nagle słychać odgłos helikoptera, jakby leciał z Białorusi, a może się tak tylko wydawało. Pani lekko wystraszona… on leci nad nami! Nie ukrywam, że w głowie zaczęły mi krążyć dziwne myśli na granicy ze strachem. A jak tam był zakaz i wjechaliśmy? No nic, jestem niewinny i tyle. Helikopter jakby się obniżał, robi kółko nad nami, pewnie myśli, że to jacyś ciekawscy kolarze i trzeba ich wykurzyć. Kręci i kręci, a my odwrót i spadamy. Po chwili helikopter odleciał. Uff chciałem tylko pooglądać.
Same Krynki nie zachwycają, rondo, sklepy, można uzupełnić picie. Obok jest ładny park pałacowy, jest tam dąb Herman, gigantyczny, obok dąb Mona, ładne miejsce. Później cudowna tułaczka przez pola, uwielbiam takie przejazdy. Wiele jabłoni, a jabłka kwaśne. Żniwa w pełni, wiele kombajnów w polu. Pól nie ma końca, słońce grzeje. Najgorszy kawałek to jazda drogą 674, niby mało ruchu, ale jak już jadą to trafia się wariat.
Sokółka, obiad tam gdzie zawsze, kościół, bazylika i lody, po raz pierwszy jedziemy do Starej Szkoły. Nie miałem pojęcia o jej istnieniu, dopóki kelner w tatarskiej restauracji mi o tym nie powiedział. 100 smaków, niesamowite! Masa ludzi, ale wybór... Ogromny. Bardzo dobre. Kupiliśmy wodę na jutro, a w hotelu już padłem. To był świetny dzień i bardzo fajna trasa, nawet nie wiem, kiedy te 70km zleciały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz