Spałem twardo, mimo że pokój był ciepły. Po 7 zeszliśmy na śniadanie. Hotel jest nad najdłuższym jeziorem w Polsce - Jeziorakiem. Po 8 ruszamy, już czuć ciepło. Dziś jeden z najcieplejszych dni w roku, ponad 34 stopnie. Wyjazd z miasta jest po drogach rowerowych, to już standard w Polsce, z czego super się cieszę. Ładne są apartamentowce przy jeziorze. Ale samo miasto… nieee, to nie dla mnie, nie zachwyca. Jedziemy wzdłuż jeziora, mając je po lewej stronie. Po tej stronie willa przy willi po prawej inny świat, albo pole albo biedniejsze domy. Po 10 km nagle jakiś owad uderza mnie w wargę, czuję go przy zębach, ale… czuję ukłucie w wardze… wypluwam go odruchowo, wargą szczypie i puchnie. O nie… szybko, dezynfekujemy, ale czym? Nasz dobytek jest w malutkich plecaczkach. Pani odruchowo wpada na pomysł posmarowania tym czymś do dezynfekcji rąk. A co tam, smarujemy. To wszystko dzieje się na przestrzeni sekund, a ja mam wrażenie, że warga jest jak balon. 90km przed nami. Pani widzi kropkę na wardze… smarujemy, szypie. Mija minuta i sytuacja jest opanowana, wcale nic nie puchło, to tylko wrażenie po uderzeniu… uff.
Kręcimy. Las, pole, wioska. Tak w kółko. Szału nie ma, ale jest ładnie. Jest czysto, ludzi brak, aut mało, kolarzy prawie nie ma. Polskie pustkowia. Umówiliśmy się, że co 5km pijemy. Mamy dobrze zaplanowaną trasę i dokładnie wiemy, gdzie są wodopoje. W Samborowie jest Dino, ale tam nadkładamy kilometrów, bo miał być mostek, ale go nie ma. Przy okazji od odnajdujemy perełkę - rzeczka Iłga. Czysta jak kryształ i mnóstwo rybek w niej pływa. Jest tam rezerwat i szlaki. Poezja. Ale my nie możemy iść, kręcimy dalej. Idzie nam nieźle, około południa mamy 50km.
Wioski Rogowo i Liwa, maluteńkie, oderwane od świata, gdzie coś płynie inaczej. Pięknie. Kilka samochodów, ludzie krzątają się po ogródkach, a z nieba leje się żar. Druga perła na dzisiejszej trasie to Jezioro Czarne, nic tylko podziwiać. Marzę, że kiedyś kupię drona podwodnego i będę eksplorował taki jeziora. Ostróda… szkoda gadać. Sporo remontów, rozkopane, szału brak. Jest Lidl, jest picie. Kupiłem mus z proteinami, bardzo nam pomógł.
Kręcimy, lasy dookoła. Stare Jabłonki. Jeden sklepik, pijemy. Zdjęć robię mało, bo w sumie nie ma co fotografować. Las jest mieszany, mało wycinek, niestety pojawiają się piaski, co nas spowalnia, najgorzej jak są piaszczyste podjazdy. Ponad 30 stopni, 60km w nogach i pchanie roweru na słońcu to nic przyjemnego. Ale jest wycieczka jest przygoda.
No i mamy Gietrzwałd. Tu jest ciekawie. Bazylika. Jakoś nie wpadłem na to, by poczytać o tym miejscu przed wyjazdem, gapa ze mnie. Sporo osób, co zrozumiałe. Pielgrzymki. Nie piszę tutaj o wymiarze duchowym tego świętego miejsca, ale o ludziach z jakimi się zetknąłem. Nic nie jedliśmy cały dzień, więc skoro jest karczma, to wjeżdżamy. Trochę ludzi, mały chaos. Pytam jednej kelnerki ile muszę czekać na zupę, Pani chciała zupę, więc niech tak będzie. Kelnerka na to, że ona układa sztućce, nie wie. Dobra, zdarza się, idę do drugiej kelnerki. Zupa od razu. No to pięknie, gdzie mogę usiąść… sporo zajęte. Pani już nie pomogła. Ale tak się składa, że przy stole obok siedzi parka, Pani zapytała, że możemy się dosiąść, tak zgadzają się… a tu kelnerka stawia veto! Nie wolno! Że co? Nie ma na to zgody. Z uwagi na kwestie sanitarne, jak się wyraziła. Testuje moją cierpliwość, a mam ją malutką. Dobra, mówię, że zamówię teraz zupę bo jestem głodny i znajdę stolik…. Nie zgadza się, bo nie będzie wiedzieć, gdzie siedzę… O Ty…. Wyjechaliśmy. Nie ma co komentować. Obok jest sklepik, podjeżdżamy kupić coś do picia. Pani za ladą uprawia podobny ton rozmowy z klientami. Może to ten upał, a może oni tak mają? Trzeba przyznać, empatycznie, że lokalizacja tych dwóch miejsc i znikoma konkurencja, to niemal jak bankomat, żyła złota. Więc po co się męczyć grzecznością, można być sobą. Na szczęście dalej jest jeszcze jeden lokal, bierzemy po naleśniku i jedziemy przed siebie. Trzecie miasteczko po Iławie, Ostródzie i nadal jest be. Od tego momentu kręci się trudniej, zmęczenie nas dopadło. Jezioro Ukiel, nad którym leży Olsztyn. Robi wrażenie. Ładne apartamenty, nowe inwestycje, ludzie na plaży. Jak tylko zaczyna się miasto, jest droga rowerowa i jedzie się jak po sznurku. Ludzie się kąpią, odpoczywają, fajnie jest. Wszedłem do wody, jest jak w wannie. Aż chciało się popływać. Wjeżdżamy do downtown, marzę już o rynku, obiedzie, kawie, prysznicu… oboje jesteśmy padnięci i spoceni. Znajdujemy lokal, jemy, później lodową kawa w fajnej kawierni House Coffee… Wreszcie Olsztyn. Dobre wrażenie, choć Ci ludzie… dziwni. W Białymstoku byłem zachwycony, wszystkim, przede wszystkim kulturą i otwartością ludzi, choć ja sam jestem introwertykiem. A tu jacyś dziwni są. No nic. Dojechaliśmy, Rodzice śledzili nasze postępy, to zawsze miło i raźniej się jedzie. Po prysznicu laba. Pisze te słowa, Pani czyta książkę, jest 21.40. Jeszcze widno. Długa trasa, ciężka trasa w tym upale, ale nie będziemy jej powtarzać, za mało ochów i achów. Pierwszy raz jesteśmy na Warmii!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz