klasyk nad klasyki, nasza coroczna wędrówka po zakamarkach okolic Cieszyna z finałem właśnie w tym mieście. Z roku na rok coraz mniej Cieszyna, bo już wszystko spenetrowaliśmy, ale sam fakt zanurzenia się w miasteczka pokryte zimą jest cudowny. W czasie jazdy słuchamy genialnego wykładu prof. Woydyłło o tym jak się nie zamartwiać. Walczę z takimi myślami, które falami mnie nachodzą i muszę to przezwyciężyć. Pierwszy przystanek w Ostrawie, w Cokafe. Kumpel z pracy mi podpowiedział. Myślałem, że w Ostrawie mamy już wszystko "zaliczone" i normalnie bym tam nie stawał, a tu proszę. Wojkowice, teren po hucie (chyba), byliśmy kilka lat temu. Teraz jakieś zawody rowerowe. Wiecie co? -8 i naprawdę czuć mróz a telewizja, samochody i się bawią. A my na kawę. Dobra, ale bez szału. Fajne miejsce, by się zatrzymać i coś ciepłego wypić. Jest już po południu, więc jedziemy dalej. Stará Ves nad Ondřejnicí - ładny zamek, w którym dziś znajduje się urząd. Robimy rundkę dookoła i do auta. Zima! AI podpowiedział mi, aby zajrzeć do Pribor. Więc jest na naszym planie. Kolejna cicha spokojna mieścina. Tutaj dopiero czuć mróz. Rynek spokojny z rozlatującymi się niektórymi kamienicami, jakiś kebab, są kawiarnie, w których siedzą ludzie i ładnie pachnie obok nich kawą. Zaciekawił nas kościół za rynkiem, niestety zamknięty. Pochodziliśmy i do auta. Przed nami top3! Stramberk. Celem jest podobnie jak do tej pory - spacer po wiosce. Ciężko tam zaparkować, ciasne miasteczko, parking jest nieco niżej po przejechaniu rynku, ale i tak ciasno. Miasteczko ma swój klimat i motyw przewodni - "uszy" piernikowe. Trochę ludzi się krząta po miasteczku, lecz roku temu było ich więcej, gdy szliśmy na zamek. Na rynku wiele restauracji i miejsc do spania, jest też kościół, w którym trwały przygotowania do koncertu. Spędziliśmy w Stramberku jakieś 40 minut. Mamy poczucie, że potencjał zimowy tego miejsca się wyczerpał, ale nie rowerowy! Jest tu gdzie jeździć. Jedziemy do mojego ukochanego miejsca - Hukvaldy, "dwie drogi na krzyż", takie to miasteczko, ale ma jakąś dziwną energię, że mnie tam ciągnie i się podoba. Genialna restauracja, pani pyta, czy mamy rezerwację - "nie" - odpowiadam, 2 sekundy napięcia... aż wskazuje nam miejsce, gdzie mamy usiąść. Niemal pełny lokal, jedzenie wyborne. Rok temu jak to odkryłem, to zaraz rezerwowałem noclegi na lato. A obok... "raj na ziemi", tak się nazywa kawiarenka. Tam zgodnie z planem - chill. Z głośników leci Roxette, choć smooth jazz pasowałby lepiej do zimowej pory. Za oknem bez zmian - mróz, jest ciemno, po godzinie 18, ciepło w środku, przytulnie... zamawiamy drugą dziś kawę. W lokalu raptem kilka osób, jest świetnie. Dopinamy plany na wiosenne wyjazdy na Kaczawę. Planowanie podróży mnie uspokaja i przenosi w cudowne miejsca. Zasiedzieliśmy się, ale warto było. Miasteczko jest ciche i puste. Kościół wybija 18-tą, gdy opłacam parking. Do Cieszyna mamy godzinę, ale po drodze jedno takie miejsce z Billą. Tam się zatrzymujemy i jak zawsze coś fajnego kupujemy do domu. Cieszyn - klasyka. Szwendanie uliczkami. Idziemy niemal jak po sznurku. Fascynuje mnie to, ile małych sklepików tu jest. Nie są to luksusowe towary, ale ładnie wyeksponowane, cenowo dopasowane do klientów, różnorodne. I tak sobie funkcjonują. Jest biblioteka na Głębokiej, księgarnia przeniosła się nieco niżej. Są kawiarenki, które - szkoda - są czynne do 18 lub 19. Jest to coś, co nas ciągle do tego miejsca ciągnie. Jakby się opierało temu pędowi wielkich miast do nowoczesności. Idziemy na zamek. Myślę sobie, a co jak nie będzie Laji? Jakoś ciemno tam. Najpierw idziemy dookoła rotundy, popatrzeć na miasto. Zbliża się 20-ta. Laja - punkt kulminacyjny tego i każdego cieszyńskiego wyjazdu. Jest otwarte! Siadamy tam, gdzie zawsze, zamawiamy yerbę i herbatę z dwóch księżyców, tablet mimo że ma 2% baterii trzyma i przeglądamy materiały na wyjazdy, te kaczawskie i już pierwszy raz na ten planowany wielki pod koniec roku. Oby się to nam ładnie ułożyło w tym roku. Z głośników nie leci tym razem tybetańska muzyka medytacyjna, a hity z lat 60-tych. Co to był za dzień! wracając niemal jak zawsze słuchamy audycji Nautiliusa jadąc ciemnymi ulicami i kończymy wykład pni profesor. Piękny dzień!
Zdjęciowo - już nie spaprałem sprawy, karty, baterie w aparacie. Obiektywowo 28mm i 50mm Pentaxa. Obiektyw NIkona mi zamarzł, zaślepki nie dało się odkręcić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz