nareszcie! nadrabiam zaległości. Miałem jechać 23.12, ale mnie zmógł katar, więc juz zdrowy pojechałem. Pani do pracy, a ja w teren - street foto trip. Pierwszy przystanek w mojej podróży to Katowice. Po wejściu na dworzec informacja - mój pociąg do Chorzowa Batory opóźniony o 10 minut... o o... to znaczy, że nie zdążę się przesiąść na pociąg jadący do Tarnowskich Gór. Już zaczynam myśleć - następny pociąg za 2 godziny, aha - 2 godziny po Chorzowie Batorym po 7 rano... no dobra, będzie ciekawie, obym gdzieś nie oberwał... Ale nic z tych rzeczy. Pociąg przyjechał z opóźnieniem, ale w Chorzowie ten drugi stał i czekał. Wbiegłem do niego, za mną jeszcze 3 osoby i ruszyliśmy w podróż. I to jaką... widok za oknem... Chorzów, Bytom, Karb... kto był, to wie. W dzielnicy Karb byłem z Panią kilka lat temu i jest tylko gorzej. Za Bytomiem krajobraz na szczęście się zmienia, jest Radzionków, jest mniej przemysłu, więcej pól, pojawiają się lasy. Nic dziwnego, pociąg zmierza na północ, gdzie tam majaczy Liswarta, którą w tym roku poznaliśmy, przed nami Lubliniec i okoliczne lasy, których na dobre nie poznałem, choć w okolicy bywamy często.
Tarnowskie Góry, jeszcze lekka mgła, słońce coraz wyżej, idę przed siebie. Mam pewien plan, dość ogólny nakreślający, z której strony wejdę na rynek. Idę na południe, w stronę Osady Jana. Spodziewałem się kadrów smutnych, trudnych klimatów, familoki, hasioki i te sprawy. A tu miła niespodzianka. Tarnowskie Góry od wyjścia z pociągu witają mnie ciszą, spokojem, dobrym feng shui, takim sprzyjającym klimatem. Przechodzę przez park Ojców Kamilianów, wychodzę na ciche osiedle. Później zmierzam do Parku Piny, ale nie decyduję się tam wchodzić, po prostu się boję o to, czy z niego wyjdę. Idę wzdłuż ruchliwej drogi i dobrze zrobiłem. Kolejny spokojny park, to Park Miejski. Radiowóz policji wjeżdża na górę saneczkową. Aż się zdziwiłem czemu, przecież taki wjazd niszczy te zbocze. Nikogo tam nie ma. Mały amfiteatr, na którym widnieją ciekawe napisy. Uświadamiam sobie, że takie spacerowanie w nieznane, gdzie nie wiem kto i co czai się za zakrętem (poza tym aspektem bezpieczeństwa, albo raczej jego braku) niezwykle pobudza mózg i w gruncie rzeczy całe ciało. W końcu te kilometra trza przejść. Jest naprawdę wspaniale. Myślę, że to miasto i jego zakamarki powoduję, że czuję się tak dobrze. A najlepsze jeszcze przede mną, choć wtedy o tym nie wiedziałem. Im bliżej południa, tym więcej ludzi się krząta, więcej aut jeździ. Dzień po Świętach, więc może i jedzenie niewielu kupuje, ale zawsze jest coś do załatwienia. Gdzieś tam w okolicy ulicy Cebuli pomyliłem zakręty, nie tak chciałem, ale Opatrzność tak właśnie chciała. Chciałem na Rynek, poszedłem z innej strony i na mej drodze pojawił się sklep zoologiczny na ulicy Wajdy. Wejść, nie wejść? Zerkam przez okno - jest akwarium. Dobra - wchodzę. Akwarystyka to moje wielkie niezrealizowane marzenie z czasów dzieciństwa. Miałem książki, nawet kupowałem czasopisma, było kiedyś takie "Akwarium" i po nim inne bardziej kolorowe. Więc jak widzę ryby akwarium, to generalnie się trzęsę. Jak widzę pielęgnice afrykańskie, to jeszcze bardziej. Generalnie odróżniam pyszczaka, od pielęgnicy pawiookiej, więc coś tam kumam. Sklep jest niepozorny, na początku nieco zaniedbane akwarium morskie, jakieś myszki w klatkach skaczą, ale coś mi każe iść w głąb tego sklepu... a tam za zakrętem niczym hangar... cała wodna logistyka, oświetlenie, ogrzewanie, filtrowanie... wiele akwariów, no i stoję wgapiony w te rybki. Właściciel zna się na rzeczy. Ludzie o dziwo się przewijają, z różnej maści sprawami:
- założyłem kolejne małe akwarium, jakieś 60 litrów, stoi już tydzień, za chwilę chcę wpuścić to i to...
kolejny gość:
- okociły mi się skalary, takie zwykłe. Dobra wezmę, ale w połowie stycznia. Chce pan zdjęcie? po co, jak zwykłe, to zwykłe...
trzecia rozmowa mnie wyprostowała
- dostałem bojownika, trzymam w 15 litrowym zbiorniku, czy tak można? wie pan, w Oświęcimiu też ludzie żyli, tylko co z tego? bojownik potrzebuje 35 litrów i grzałkę. Po ile grzałka? 60 złotych. Aha...
Idę na Rynek. Ale coś mi mówi, że tu coś z Lego było... patrze, jest! Lego to kolejne marzenie z dzieciństwa, je bardziej zrealizowałem, bo Rodzice nieco mi kupili zestawów - tylko kosmiczne. Ale miałem dostęp do katalogów i wiele zestawów widziałem ta papierze i śliniłem się do nich marząc jak to będzie, gdy już sobie na nie uzbieram. Jak byłem w połowie uzbieranej kwoty do jednego średniej wielkości zestawu, to pojawił się nowy katalog i nowe zestawy... no i tak zostało. Wchodzę do sklepu... sporo współczesnych zestawów, ludziki do kupienia na sztuki, idę na koniec sklepu... i zacząłem się trząść bardziej niż w zoologicznym. Przed oczyma stanęła mi ogromna makieta kosmicznych zestawów lego - lego space, black tron, police... ja niektóre mam, ale inne znam z katalogów, ale pierwszy raz na oczy je widziałem właśnie tam! stoję i łykam wzrokiem. Coś cudownego... co za dzień! co za miejsce! Właściciel to prawdziwy fanatyk, na wyrywki zna zestawy.
Ujęła mnie rozmowa, której byłem świadkiem w sklepie. Stoi młody chłopak, może max 15 lat ze starszym panem, wydaje się, że z dziadkiem. Stoją i patrzą na małe zestawy star wars. Myślą, który kupić.
- wziąłbym ten - wskazuje chłopak na jeden z zestawów
- no dobrze, to go kupmy - mówi grzecznie pan
- ale ja za niego zapłacę - mówi chłopak
- daj spokój, ja to zrobię
- ale to jest mój brat i powinienem to ja zapłacić
- daj spokój, przecież ty nie zarabiasz jeszcze. Jak będziesz pracował, zarobisz, to będzie się cieszył z pieniędzy...
Ten krótki dialog na żywo miał coś w sobie wyjątkowego. Ujął mnie starszy brat, który młodszemu chciał sprezentować klocki. Nie wiem kto ostatecznie zapłacił, ale wyszli z paczką w ręku.
Ja też wyszedłem z paczką, a co?
Jak Rynek w Tarnowskich Górach, to wiadomo Silesia Cafe. Jaki tam tłum? Ponieważ dziś z Panią mamy jeszcze w planie wieczorną podróż do Katowic na kawę, zamiast 23.12, to ja nie pije kawy, a zamawiam tam gorącą czekoladę, bo wiem, że tam jest wyborna. Odnajduję wzrokiem malutki stolik na samym końcu, w sam raz dla singla, jakim jestem na tej mojej "wyprawie". Siadam z tyłu i patrzę na ludzi. I co widzę? inny świat. Starsza pani, która za mną kupowała kawę, ładnie ubrana, oddaje właśnie filiżankę. Stała klientka, po przy płaceniu podsunęła kartkę na pieczątki. Ludzie grzecznie stoją w kolejce. A tam starszy pan ładnie ubrany w krawacie... kultura!
No dobrze, pora kończyć sielankę. Na mpayu kupiłem bilet powrotny, czas zmienić klimat i zawitać do Bytomia... drugi punkt na mojej wyprawie. Żegnam Tarnowskie Góry z wpisem do poczekalni na przyszłą zimę, że odwiedzę pociągiem Lubliniec i wracając znowu tu wstąpię pochodzić, polubiłem to miasteczko.
Bytom... i w sumie, aby nie tracić dobrego nastroju powinienem tu skończyć relację. Najlepszy to mają dworzec, bo wygląda na świeżo remontowany, choć tablic elektronicznych nie znalazłem. Wychodzę z tego budynku i idę przed siebie... co ja mam napisać? wracając z Tarnowskich Gór to jak inna galaktyka. Daleko nie uszedłem, a słyszę kobietę nierozmawiającą zachrypniętym głosem przez telefon - o prawie widzenia, o problemach prywatnych, itp. Widzę kilkuletnie dzieci na ulicy, które rozmawiają o policji. O policji, to ja w ich wieku rozmawiałem w kontekście kosmicznej policji lego, którą dziś widziałem wreszcie na żywo. Dramat społeczny, ekonomiczny, socjalny. Ale wystarczy się rozejrzeć i można zobaczyć jeszcze resztki ładnych kamienic. Co z tego, jak obok nich 10 innych się wali. Na ulicach bród, co krok to pusta flaszka po alkoholu. Nawet zdjęć mi się nie chce robić. Ileż można? Przykre. Zrobiłem rundkę, poszedłem na dworzec. Czekam na pociąg, który widnieje na papierowej tablicy. Mija 5-10 minut, cisza. Pojechał pociąg do Gliwic. Zostałem na peronie sam. Coś mi nie gra. Spojrzałem na mpaya, następny pociąg za 40 minut... Spadam stąd autobusami.
Z grubsza tak minęła mi pierwsza część dnia. Przyszedłem do domu padnięty, ale jakże szczęśliwy! co za piękny dzień.
Wieczór to kawa, w mocno okrojonym zakresie, bez spacerów, jak co roku 23.12. Ja padałem. Jednak to potworne zmęczenie nie przeszkodziło mi w zakupie naprawdę świetnych spodni i marynarki. Nie wiem, skąd wziąłem siły, bo jeszcze godzinę spędzić w przymierzalni. Spałem później 10 godzin.
























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz