Śniadanie mieliśmy o 7, a o 8.20 już byliśmy z dala od utartych szlaków na czyjejś farmie u podnóża Towerkop, przepięknego podwójnego szczytu górującego nad Ladismith i okolicą. Wejście na szczyt jest poza naszym zasięgiem, trzeba sprzętu wspinaczkowego i co najmniej 2 dni. Celujemy w Nel Cave, jaskinię tuż poniżej szczytów, leży ona na 2000 metrach, my startujemy z 500. Sporo do przejścia, sporo w pionie. Strasznie wieje i ten wiatr towarzyszył nam cały dzień, co nie ułatwiało. Już początek nastręczał trudności, jak tu iść? W tych rejonach turystyka nie istnieje, a powódź jaka tu była zrobiła zniszczenia, ze ścieżki na mapy.cz są nieaktualne. Jak już znaleźliśmy tę właściwą, to była tabliczka, mała i leżała na ziemi z napisem „Towerkop”. To jedyny znak na całej trasie. Kierunek marszu wysoko wyznaczały kopczyki w dość różnym stanie. Idzie się przez busz, a jak to w buszu - wszystko rwie, szarpie, koli. Całe szczęście, że nie ma owadów ani insektów. Nic! Poza paroma robaczkami nie spotkaliśmy żadnego zwierzęcia. Jakby tu jeszcze miałyby być węże, to nie ma co myśleć o pokonaniu większych dystansów w 1 dzień. Generalnie idzie się non stop do góry i trzeba solidnie cisnąć. Po około 3 godzinach jest prymitywny schron z blachy i kamieni. Fajne miejsce przy skale i obok potoku. Ludzie palą sobie ogniska, co widać po ich resztkach. Spotkaliśmy dziś tylko 3 osoby, tworzyli jedną grupę i właśnie na noc przyszli do schronu. Za schronem nie ma zmiłuj się, jest trudno. Przez moment idzie się urwiskiem skalnym i trzeba szukać szlaku. Jest 13.00, mamy jakieś 300 metrów przewyższenia do jaskini, Pani mówi, że za chwilę trzeba będzie wracać, by za dnia wrócić do auta. Ciemno się tu robi o 19. Czuję się zmęczony, nie ma co ukrywać. Nie wiem, czy to za krótka aklimatyzacja, czy inne powietrze lub klimat. Czy tydzień wystarczy na aklimatyzację? Hmm trudno powiedzieć. Rok temu po 3 dniach lecieliśmy na Müller Hut w Nowej Zelandii, bo korzystaliśmy z pogody, później po 3 tygodniach pobytu lekko weszliśmy na 2000m na Mt Alaska. Tutaj po tygodniu i jak mi się wydawało w dobrej formie po bieganiu - padam ze zmęczenia po 4.5 godzinach wejścia. Dajemy sobie jeszcze pół godziny, nieco przyspieszyłem. Pani też mówi, że pada, źle się czuje. Doszliśmy do około 1800 metrów n.p.m., dojrzeliśmy małą jaskinię, tam schroniliśmy się przed wiatrem. Tę dużą mam w zasięgu wzroku, jakieś 100 metrów wyżej. Dałoby się? Nie ma co gdybać, bo trzeba jeszcze zejść. Decydujemy już nie wchodzić wyżej. No cóż, plan się nie powiódł, lecz nie czuję żalu. Czuję pokorę przed górami. Przypomina mi się zeszłoroczne Greenstone Caples w Nowej Zelandii, podczas side walku też mieliśmy wejść na przełęcz, a odpuściliśmy sobie. Czasami rozsądek trzeba włączyć. A może to dobrze, że niektóre góry nie są tak łatwe do zdobycia? Na Cathedral Peak też nie weszliśmy 7 lat temu, moja ambicja nie ucierpiała. Siedzimy w tej naszej jaskini jakieś pół godziny, uzupełniamy płyny. Można sobie pozwolić na więcej picia skoro taki strumień jest niżej. Woda z niego smakuje wybornie. O 14.04 rozpoczynamy zejście, schodziliśmy 4 godziny. Po 18 zebrały się ciężkie ciemne chmury. Człapałem. Potwornie trudne zejście, ale co zrobić, taka pasja. A szczególnie w miejscach, do których nikt nie zagląda, z dala od szlaków turystycznych. Prawdziwa esencja podróży, jak wczoraj. Na farmie, gdzie śpimy mamy zamówione burgery. Doczłapałem do jadalni, zjedliśmy ze smakiem i padłem do łóżka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz