Bierzemy Ubera, podjeżdżamy na początek szlaku, ruszamy. Nieco zbagatelizowałem trasę, idę w sandałach keen, lekki plecak. A tu po spokojnym początku drabinki, jedne, drugie… widoki są coraz lepsze, do tego dochodzi mgła. Im gorsze warunki pogodowe, tym lepsze kadry. Na szczycie… cóż, ładny widok 360 stopni na miasto. Dzwonimy do Rodziców, pooglądali sobie na żywo miasto.
Po zejściu kolejny Uber do Truth, smakowała nam ta kawa 3 tygodnie temu. Nie ma sensu jeździć autem po Kapsztadzie, więc intensywnie korzystamy z Ubera. W kawiarni sporo ludzi, siadamy tam, gdzie ostatnio. Jednak klimat inny, gorszy niż 3 tygodnie temu, jak byliśmy po zmroku. Kawa słabiutka, v60 dramatycznie złe. To ma być najlepsza kawiarnia na świecie?
Idziemy pieszo do Black Sheep, restauracji, gdzie zjedliśmy tuńczyka żółtopłetwego na początku pobytu. Jest 17, a kuchnia otwarta od 18. Ech… jedziemy do pokoju, pakujemy się, wracamy do restauracji 2 godziny później.
Tak minął nam ostatni pełny dzień w RPA. Smutno odjeżdżać, wiadomo, nie jest to jednak żal, jaki był rok temu w Queenstown, choć tamten moment jakby był wczoraj. Ale na podsumowanie przyjdzie czas. Wracają słowa Theroux - o tym, że najważniejsze być w drodze, a nie dotrzeć do celu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz