Była chyba 4 i tak mnie siekło spanie, że przez mgłę pamiętam budzik o 5.40, spałem do 7. Żyjemy, nikt nie przyszedł, mysz nie weszła. Jedzenie wisi, jest całe. Krzątamy się po chacie, buty nadal mokre, poranne słońce nieco je przesuszyło. Wychodzimy przed 9. Najpierw ładnym płaskowyżem, skąd rozchodzi się widok, a spowite mgłą Robertson. Później zejście. Co 100 metrów zejścia - pijemy. Idzie się kapitalnie, zakosami, po trawie, czasami jakieś skały. Kolano mam zabandażowane, wciąż boli po Towerkop. Absolutnym top na całej dwudniowej trasie jest pool, po Polsku chyba będzie rozlewisko strumienia? W dolinie w drzewach, wśród ptaków. Teren ten jest na wysokości około 800 metrów, widać go dobrze na mapie, jak szlak idzie wzdłuż strumienia. Bursztynowa woda gromadzi się tam na głębokości jakiegoś metra, aż chce się wskoczyć i popluskać, kiedy na zewnątrz upał ponad 30 stopni. Tam też się przewróciłem, złapałem się gałęzi, która pękła, gdy się poślizgnąłem. Nic wielkiego mi się nie stało, zadraśnięcie na prawej dłoni, trochę krwi się polało. Jednak drugi bandaż mam założony. No proszę. Ta woda… już pisałem, smakuje wybornie. Nie kąpaliśmy się, ale wypiliśmy jej całkiem sporo. Co za chwila, co za miejsce… jak sobie pomyślę, że w tym czasie ludzie siedzą w biurach, mecząc telefony i Temasy… być tu z Ukochaną, to być szczęśliwym. Nie myślę wtedy o zmęczeniu. Dla tego momentu - warto było się trudzić. Później 100 metrów pod górę, w piekle. Upał. Na lokalnym szczycie robimy sobie przerwę i już zejście do auta. Słońce nie odpuszcza.
To była trudna trasa. Afrykańskie szlaki nie są łatwe, słabe zabezpieczenia, niezbyt optymalne ścieżki no i pogoda. Jak nie leje, wieje, to grzeje. Warto było. Upatrzyliśmy sobie ten szlak, mało znany. Popatrzyliśmy na filmiki na YouTube, opisy na AllTrails, zarezerwowaliśmy chatę, wokół tego nocleg. Noc była ciężka, ale co przeżyłem i przemyślałem, to moje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz