co roku niemal celebruję ten moment, pierwszy wyjazd na Kaczawę, kiedy jest surowo, szaroburo, pusto i zwierząt więcej niż ludzi. Tym razem w wersji "mikrowczasy", czyli 3 dni. Potrzebujemy odetchnąć. Piątek skoro świt, śniadanie w domu, spakowani, puszczamy Poranną Mannę - dobrze, że Wojciech wrócił - i ruszamy. Docieramy przed południem do wioski Lipa, stajemy na dużym placu przy kościele. Zimno, pochmurno, ale idziemy. Jak dobrze znowu tu być! Najpierw błotnistą drogą przez pola. Witają nas śmieci w okolicznych krzakach, dominują części samochodowe i stare telewizory. Dlaczego to sobie robimy? Później błoto się ciągnie, gdy idziemy przez pola. Zwykle, jak jedziemy na weekend po dłuższej przerwie, czegoś zapominamy. Tym razem stuptuty zostały w domu. No i spodnie od razu pochlapane od błota. Jestem wciąż słaby i mam nadzieję to zmienić podczas tego pobytu. Po 10km czuję słabość, nogi nie chodzą, jak powinny, takie ociężałe. Na końcu wioski Grudno znajdujemy dom, w którym można kupić lokalne sery. Sporo przebiśniegów i przylaszczek! Na te ostatnie szczególnie się cieszę, bo w naszym ogródku też już kwitną. Im bliżej drogi numer 3, tym większy hałas i znowu śmieci. Och... przerwę robimy sobie na Koziej Skałce, tak mi się spodobała z drogi, że robimy tam przerwę. Pani wyciąga swoją elektroniczną książkę, a ja zakładam Tamrona 90mm i szukam kadrów. Czułem się słabo. To wciąż znak, który mnie niepokoi. Trzeba chodzić i to przezwyciężyć. Dalej jest tylko ciekawiej, jak tylko może być na Kaczawie. Dochodzimy do pałacu w Jastrowcu. Od tej strony nigdy tam nie byliśmy, park, kilka budynków i pałac, w marnym stanie. Ludzie, którzy tam w okolicy mieszkają, też nie mają łatwo. Niestety z roku na rok stan większości wiosek i budynków na Kaczawie marnieje. Ludzie biednieją, turystów nie ma, no bo tylko takie świry co my jeżdżą po kilka razy w roku w te rejony i jeszcze pieją z zachwytu. Niemniej - polecam to miejsce. Idziemy w stronę Lipy... zaraz zaraz, ciągle mi biją po oczach słupy energetyczne... Trwa wymiana słupów w tym rejonie. Te nowe są o jakieś 50% większe i niestety dominują w krajobrazie. Przy okazji ekipy, które to robią, jeżdżą po polu, bo muszą przygotować teren, postawić słup i za chwilę - mam nadzieję - zdemontować te malutkie, stare, przy okazji rozjeżdżając polne drogi. Ostatnią atrakcją są ruiny szubienicy, tuż obok Lipy. Sporo wątków szubienicznych w tych rejonach, działo się przed wiekami. Jutro pójdziemy na "naszą" górkę - Szubieniczną, a w niedzielę też będą znaki na inne "szubienice". W tych ruinach przy Lipie widać 2 znicze, lokalsi wiedzą, co tu było i może znają jakieś historie...
Wieczór, to jak zwykle - zagłębiamy się w salonie ciszy, spokoju oddając się lekturom. Ja kończę "Całun" Alfreda Palla i przymierzam się do "Niezłomnego" Alexandra Caroline, mam ochotę na książki o rejsach przed laty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz