niedziela, 10.10. Rano po śniadaniu zbieramy się do odjazdu. W dobrym tonie jest pożegnanie się z gospodarzami. Tak też czynię. Otwiera gospodarz... i znowu zaczęło się. Kiedy jedziesz do Albanii? skąd on wie o Albanii? już byłem, właśnie wróciłem - odpowiadam. Pogadalibyśmy dłużej, gdyby nie krótszy dzień i trasa przed nami. Wracamy na Kaczawę wreszcie. Zakochany jestem w tej krainie. Niezwykłe. Nigdzie indziej w Polsce nie wracam tak często i z taką ochotą, jak tam. Parkujemy w przytulnej wiosce Grobla. Idziemy porannym lasem, który budzi się do życia, później nieco na dziko na Radogost. Wieża jak stała, tak stoi. Na jej szczycie stoi, a raczej klei się do siebie parka. Przy naszej obecności czują się nieco skrępowani, ale oni robią nam zdjęcia, my im. Widoki... piękne. Za 2-3 lata ich nie będzie, drzewa się rozrosną. Wypatruję Ostrzycy, ale nie zobaczę jej dzisiaj stąd. Las jest pusty, żadnego piechura. Do samochodu wracamy na dziko. Zerkam na gps jak tam trasa na wschód do domu. Nieciekawie. 2 bramki i remont przy Górze św. Anny. Przy aucie jeszcze czeka mnie mikrooperacja, czyli wyciąganie kleszcza. Wielkolud taki i zadziorny, bo głęboko wszedł. Pani poszła do lokalsów po sprzęt, bo inaczej nie dałem sobie rady. Obiad w Strzegomiu w nieciekawej restauracji na rynku, zresztą poza kebabem nic sensownego nie było. W restauracji jest akwarium i doprawdy nie rozumiem, jak można w jednym baniaku trzymać pielęgnice afrykańskie ze środkowamerykańskimi??? rozumiem, można się nie znać. To tak jak eskimosa z mieszkańcem pustyni Namib przelokować do dżungli. Nie zadziała. Powrót do domu długi i męczący. To spowodowało, że ostatni długi dla mnie weekend świętujemy w domu. Nie mam zamiaru w swoje święto stać w korkach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz