siódmy kraj, jaki odwiedziliśmy w ostatnich kilku miesiącach, ale się porobiło. Nie jedziemy do Pragi, choć blisko, bo byliśmy. Jak mieszkaliśmy w Krzewiu Śląskim mili państwo powiedzieli, że jeżdżą do Goerlitz... hmm może warto? Taki był plan na niedzielę, choć realizacja mocno była niepewna z uwag na pogodę - chmury i deszcz. Na niemieckiej prognozie pisali, że będzie bez deszczu. No jak na niemieckiej piszą... jedziemy. Mamy tylko godzinkę. Po drodze słuchamy wywiadu z Brunonem Bartkiewiczem. Parkujemy blisko mostu na Nysie Łużyckiej. Pani drugi raz w życiu jest w Niemczech. Już na moście widać różnicę... będzie tego dużo więcej. W kościele Piotra i Pawła grają mocno organy, miasteczko puste. Krzątamy się po uliczkach, czysto, pusto, aż tak bym powiedział sterylnie. Kamienice ładne, zadbane, niektóre w remoncie. Ale jakiś taki sztywny klimat. Mały rynek, ładny, tylko gdzie my się kawy napijemy? brakuje takiej prawdziwej kawiarni z przelewami, a najlepiej z palarnią. Nie ma. Duży rynek, ładny, ale bez szału. Lokale gastronomiczne jakieś takie pozasłaniane, że nie wiem nawet, czy czynne. Tak, sterylność, to dobry opis tego miasta. Bez polotu. Idziemy dalej aż natrafiamy na kawiarnię Bikini. Wreszcie! kawa dobra, choć chłodna. Posiedzieliśmy, popatrzeliśmy na mapę. Dobrze by było jeszcze zajrzeć do Zgorzelca... idziemy najpierw na dworzec. Ładny, przypomina mi Bielsko albo trochę Bytom. Jest kiosk z gazetami... i znowu odpłynąłem, magazyn dla akwarystów, komputerowe czasopisma... tego w PL już nie ma, my jesteśmy bardziej zacyfrowani. Trochę mi brakuje takich kiosków. Idziemy w stronę Polski. Ale ale... nie możemy wejść na most... tak się jakoś znaleźliśmy na ścieżce wzdłuż rzeki. No trudno. Dochodzi 15.00, nie chcę jechać po ciemku po tych terenach. Fajny spokojny spacer. Bez odbioru mógłbym rzec - tick, zaliczone. Przejazd przez Zgorzelec - to dramat. Na drodze wariat, dziury i co tu dużo mówić, jest biednie. Żal patrzeć. Mówimy z Panią - tak, dziesiątki lat ustroju zrobiły swoje. Ziemie stoją ugorem, domy się rozpadają, drogi to już się rozleciały... i nagle pstryk - w tej rozmowie nie zauważyliśmy, że wjechaliśmy do Czechów. Stukot zamienił się w szum, chwasty i ugory zamieniły się w zielone łąki... polecam się przejechać Zgorzelec - Zawidów - Nowe Miasto pod Smrekiem. Ustrój, bieda? Jakoś tu w Czechach można inaczej. Obiad jemy tam, gdzie zawsze. W okolicach święta Marcina jest gęsina. Jest i teraz, do tego knedliki, kapusta... odlot.
Wieczorem kawa, serial, książki. Czytam Christie znowu... pięknie.