ależ ciepło... to było półtora tygodnia temu. Bila to malutka wioska na granicy Czech i Słowacji, odkryliśmy ją rok temu i od razu wpadła na poczekalnię. Górki, rower... mm poezja. No dobra, to jedźmy! Sobota 20.06. Dłuuugi dzień. Wymyśliłem sobie, że pojedziemy nową drogą od Węgierskiej Górki do Czadcy, później hop słowackimi wioskami i będziemy w Czechach w Bili. wszystko fajnie, droga polska super, ale... słowackie wioski, 40km/h... później jeszcze sklep Billa, no bo jakże by inaczej... w Bili jesteśmy około 10.30. Wyładowujemy rowery i w drogę. Jest gorąco. Wiemy, że szlak jest mocno górski, bardzo stromy... Aż za stromo. 50km dziś? w tym upale? nie ma szans. W czeskim schronisku nie przyjmują płatności kartami, a ja jestem cashless... mogę skonać z pragnienia, nie sprzedadzą... ech co kraj. Mamy takie podjazdy, że kompletnie nie ma się jak cieszyć przyrodą, a są tam ładne rezerwaty. Sporo piechurów, a my kręcimy. 30km, 1000 metrów przewyższenia. Siadamy na granicy czesko-słowackiej, z zimnym sokiem w ręku, bo tam zapłaciłem kartą, patrzymy na siebie i pytamy się co dalej? kręcimy 20km jeszcze i kolejne 500m przewyższenia? Pani jakby chciała, ale ja padałem. Spojrzeliśmy w niebo i pomogło nam podjąć decyzję - ciemne chmury szły z południa... kichać to, nie warto. Weszło mi to na ambicję, bo rzadko skracamy nasze plany. Aż spojrzałem na nasze stare wypady rowerem, czyżby taka słaba forma? Poprawiło mi się, jak zobaczyłem, że na 60-80km robiliśmy 1800 metrów przewyższenia w miarę równomiernie. No dobra, nie jest tak źle z nami.
Zjechaliśmy do auta, obiad... wiadomo Hukvaldy! moje ukochane. Obok kawa, chill i do domu. Co za dzień!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz