7.06
minęło już 2 tygodnie od tamtego dnia, nadrabiam zaległości. W nocy pamiętam się pociłem, dopadł mnie jakiś wirus. Gardło bolało, byłem słaby. Dziś 30km do przejechania, muszę dać radę. Zjedliśmy prowizoryczne śniadanie i w drogę. Wspaniały ośrodek w Oleśnie, dobrze się mieszkało, generalnie ta trasa to prawdziwy klasyk, do powtarzania. Śmieję się, ze jak większość naszych tras będzie "klasykami", to nie będzie przyjemności planowania, bo wszystko będzie "odgrzewane". Kręcę powoli, bardzo powoli. Trasa wiedzie przez urocze wioski jak Wysoka, Kolonia Łomnicka, Klekotna. Pani też nie czuje się najlepiej. W tej ostatniej wiosce robimy sobie przystanek na przystanku, pośród pól. Jedna droga, kilka domów. A jakby tu zamieszkać? ha, dobre pytanie. Widzimy dom na sprzedaż. Po co mi stodoła? a jak tu jest na co dzień? fajnie to wygląda, jak się przejeżdża i zachwyca, a w innych momentach? Mimo choroby podziwiam okolice, ładnie i jest i faktycznie trasa zasługuje na powtórzenia, bo warto. Wtem nastaje magia. Gdzieś przed Lublińcem mijamy granicę, z Opolskiem wjeżdżamy w Śląskie... bez przesady, ale jakbym wjechał do innego kraju. Drogi gorszej jakości, budynki jakieś takie inne, nawet trawa staje się mniej zielona. Polubiłem Lubliniec z naszych "otwarć" sezonu, pociąg, las, pięknie było. Teraz wjeżdżam do miasteczka z drugiej strony... dramat. Chodnik wybrakowany, brudno, śmieci na ulicy. Dworzec wygląda mizernie w upalne popołudnie. Złapaliśmy wcześniejszy pociąg, ruszamy. Byle szybciej do domu.
.
Tak minęła nam weekendowa wycieczka, świetna, okupiona chorobą. Ten wirus śmiem twierdzić trzyma mnie do dziś. Tydzień po tamtym wekeendzie był bardzo trudny. Nie pamiętam, abym miał taki katar. Dziś jest dużo lepiej, wczoraj był rower i góry, o tym w następnym wpisie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz