rano szybkie śniadanie i jakieś 40 minut podjazdu do Lubomierza. Dzisiejszą trasę wypatrzyliśmy rok temu na rowerze, jak zawitaliśmy w te strony. Jednak gps nas tak poprowadził w drodze do Lubomierza, że wjechaliśmy do Pławnej, w której mieliśmy mieć półmetek. Skoro tak, to zacznijmy tutaj. Sama miejscowość wydaje mi się kiczowata, ale pozory mylą. To kapitalny przykład, kiedy wystarczy zrobić "dwa kroki" w górę, wyjść ponad wioskę, by zobaczyć zupełnie inny świat. Za kościołem św. Tekli właśnie się on zaczyna. Kończą się zabudowania, zaczynają łąki i pola. Co za miejsce... Nie przesadzą, jak powiem, że to najładniejsza trasa na Kaczawie jak do tej pory, a jeździmy tu od wielu lat. Wszystko kwitnie, słońce przygrzewa, a my zapominamy o zmęczeniu. Ciekawym miejsca są ogromne polany wokół Pałacu Nagórze. Przeogromny teren. Tam robimy przerwę, oczywiście zasypiam na krótki moment. Z dala widać odnawiający się hmm pałacyk myśliwski, tak bym to nazwał. Dookoła nic, tylko łąki, pola, lasy. Tutaj mijamy pierwsze 4 osoby, jedyna na całej trasie. Uznaliśmy, że idziemy na malutki niepozorny szczycik Skalnik i wracamy inną drogą do auta. Jak to zwykle bywa jedna trasa generuje pomysły na kolejne. Spoglądam na wschód na obszar między Mielęcice a Golejów, tam pójdziemy w przyszłym roku. Mnóstwo zdjęć, makro 105mm zamontowane, ani jednej przylaszczki. To, co przez lata było symbole tego miejsca, w tym roku praktycznie niewidoczne. Marcowa deszczowa i zimna pogoda, która uniemożliwiła nam przyjazd spowodowała, że zobaczyliśmy w tym sezonie jedną sztukę, pod Ostrzycą, którą Pani znalazła. Obiad jemy w Lubomierzu na rynku. Wieczór podobny do tego wczorajszego, golf, kawałek książki i głęboki sen. Strasznie ten dzień mi zleciał, jak obudziłem się następnego dnia, nie mogłem się nadziwić, jak to szybko płynie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz