Rankiem jedziemy pociągiem do Gdańska. Intercity. Mega komfort. Książka, film, słuchawki i jesteśmy w Gdańsku. Pięknie. Na dworzec Uber przyjeżdża w minutę, za 5 minut jesteśmy w hotelu. Zimno! Jest 12.30, a więc mamy trochę czasu do 18, więc idziemy na miasto. Oczywiście mamy plan, opis miejsc, kawiarni i restauracji. Pełen profesjonalizm choć mróz nie pozwala logicznie myśleć. Ulica Mariacka - cudo. To nasz drugi raz w Gdańsku, pierwszy też był na WWE 14 lat temu! Ciekawostka jest taka, że wówczas kilkanaście dni później polecieliśmy do Nowej Zelandii (NZ I). Na Mariackiej stwierdziłem, że Gdańsk tym, co widzę ośmiesza Amsterdam, zostawia w tyle Wrocław czy Warszawę. Naprawdę w reszcie jestem dumny z miasta w Polsce. Ma wszystko co trzeba, jest po prostu ładne. A przecież nawet nie wszedłem jeszcze do żadnego muzeum. Bazylika... zapiera dech w piersiach, pod każdym kątem - architektonicznym, duchowym, historycznym. Rewelacja. Byłem świadkiem jak ochroniarz podszedł do jednego gościa, który rozsiadł się w ławce kościelnej i coś tam czytał na telefonie i prosił o zdjęcie kaptura z głowy. Może się modlił? może, a może sobie siedział. Fakt faktem, że było tam bardzo zimno. Kawa w Drukarni, dobra! Na obiad znowu żeberka, trzeci weekend z rzędu. Szybko do hotelu, a później na tramwaj 8-mką pod halę. W tramwaju dało się lekko wyczuć atmosferę, mimo mrozu gość w t-shircie Liv Morgan, inny ogląda walki na telefonie. Ma być pełna hala. Nastaliśmy się na mrozie czekając z 10-tysięcznym tłumem na otwarcie bram. Cały event wyborny, ciekawy, dobrze obsadzony. Rewelacja. Ja czułem się źle. Coś mnie owiało, głowa bolała, katar, oko łzawi, co się dzieje? Do tego problemy żołądkowe. 2 wirusy naraz? Ech... Wyszliśmy z hali przed 23.00, długi powrót do dworca tramwajem, później Uberem. Poszliśmy spać o 0.30, długi męczący, ale jakże fajny dzień.
W niedzielę o 8 poszliśmy do pobliskiego kościoła. Na dworze mróz, w środku mróz, było nas może 20 osób. Później śniadanie w hotelu... no i to się rozumie. 4 gwiazdki i stanęli na wysokości zadania. W Andorze tez miałem 4 gwiazdki i co? beznadzieja. Tutaj nie dotarłem do końca lady ze śniadaniem. Lokalne wyroby, genialne pieczywo, sery, wędliny i milion innych rzeczy. Rewelacja. Poszliśmy pochodzić na miasto, kawa, ulica Długa, Żuraw... Przed 16 pojechaliśmy na dworzec i pociąg. Miało być pięknie, było pięknie. Wróciłem do zdrowia wczoraj, Pani też. Odespałem utracone godziny, ale było warto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz