niedziela, 25.01.
Klasyk, jak co roku, odkąd odkryliśmy to miejsce. Budujemy formę na Kaczawę. Pogoda nie sprzyjała, zimno, pochmurno, w góry nie ciągnie nas, więc las. Nawet się zrymowało. W pracy ciężko, dużo wszystkiego, ale praca to nie wszystko. Z każdym dniem i tygodniem zdaję sobie o uzmysławiać. "Nie pozwól sobie wejść na głowę" usłyszałem ostatnio, ważne. Jadąc słuchamy wywiadu z Bernatowiczem, sporo tego ostatnio sieci. Mówi o zdarzeniu, jak ja doznałem wtedy. Do dziś jak wspominamy co wtedy mnie spotkało, mam ciarki. Aniołowie, nie mam innego wytłumaczenia, nawet go nie szukam, bo wiem. A co w lesie? Pięknie! Głównym powodem, dla którego tu przyjeżdżamy są drzewa. Wielkie stare drzewa. Tak, są obszary gospodarcze, ale nie tak, jak w Rudach. Tu jest dziko. Ani jednego ludka chodzącego po lesie. Jedno auto leśnika jechało. Poza tym - głucha cisza i mnóstwo saren. Jest nieco śniegu, więc idzie się wolniej. Zaglądam tradycyjnie do Wierzecznika, mokradeł, w które zagląda zwierzyna. Czuć prawdziwy las. Pierwszy raz dochodzimy do drogi i idziemy nieco na zachód. Tu trzeba wrócić, nie byliśmy w tych obszarach jeszcze. Dużo frajdy sprawia nam przejście przez podmokłe rejony na północ od Blumsztajnowe. Mnóstwo wody, ale zamarzła, więc idziemy po lodzie. Gdyby nie to, musielibyśmy zawrócić. Potrzebny relaks i reset. Jeszcze chwila i przyjedziemy tu z hamakami. Jadąc na obiad w końcu wstajemy w Centawie, chcę zwiedzić stary ładny kościół. Szkoda, że zamknięty. Trudno też znaleźć informację kiedy jest otwarty. Obiad jemy w Toszku. "Moja" restauracja. Pusta, delikatna muzyka, chwila oddechu. Jest cudnie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz