Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku, przez próg domu lub pokoju hotelowego. Nasz Overland Track zaczął się dziś kwadrans po 9. Zjedliśmy śniadanie, Kevin na dokładkę usmażył 2 jajka i podał 3 ciepłe kromki chleba. Ten chleb bardzo przypominał ten polski. Plecaki… o rany, nieco cięższe jednak, niż na treningach. Trzeba będzie z tym jakoś żyć. I iść. W ręce mamy jeszcze małe plecaki, tam wodę, sok, tablet. Nie jest łatwo. Do poczekalni autobusowej mamy kwadrans, a ramiona bolą. Będzie ciekawie. Poczekalnia busów jest ciekawa. Wyobrażałem sobie dworzec autobusowy, jakie znamy z Polski. A tu lokal w kamienicy mając może w porywach 20 metrów kwadratowych. Drewniane okna, ściany zaszpachlowane, nie pomalowane. Jedna pani obsługuje przychodzących podróżników. O 10 rusza bus do Launceston. Pani zagaduje, wita uśmiechem, coś tam podpowiada. Kierowca bierze bagaże, wrzuca do ładowni, po czym pasażerowie pakują się do busu. O dziwo jest pełny. Zaraz po starcie kierowca się przestawia i z humorem opowiada o dzisiejszej podróży. Przez jakie wioski pojedziemy, co tam fajnego, co nie fajnego, „a jak jeszcze nie będziecie spali, to w Oatlands zobaczycie stary młyn”. Hobart nazwał Snowbart, bo istotnie zimno, a w Launceston upał, plus 18. Trasa głównie wiedzie wzdłuż pastwisk - tylko krowy i owce. Farmy są tu ogromne. Ten farmerski widok od czasu do czasu urozmaicają stare niesamowicie klimatyczne wioski Kempton, Oatlands i Ross. W Oatlands byliśmy, znamy. Ross nie ma w planach, ale Kempton się spodobał i ląduje na liście, gdy będziemy wracać z północy w stronę Richmond.
Launceston, przejeżdżaliśmy tędy 9 lat temu. Teraz pobędziemy tu jeden dzień. Plecaki ciążą, idziemy wolno do naszego hotelu. Jest gorąco. Wreszcie! Chwila przerwy, zmiana ciuchów na lżejsze i idziemy na miasto. Nie zrobiliśmy planu na ten dzień. Wiec, co rzadko się zdarza, idziemy przed siebie. Pierwsze co widzimy, to oaza zieleni wśród niskich budynków - to Princes Square, maleńki park, ale zadbany, jak całe miasto. Podchodzimy do budynków, w których były kościoły. Idziemy od uliczki do uliczki, podziwiając typową architekturę sprzed ponad 100 lat. Miasto dużo bardziej spokojniejsze niż Hobart. Nie czuć jak w Hobart klimatu morskich podróży. Nie jest też tak oblegane przez turystów. Pijemy genialną kawę w Coffee Republic, odwiedzamy kilka ciekawych sklepów, na czele z Avenue Records (z płytami i taśmami magnetofonowym) i sklepem z Lego. Robimy także zakupy na jutrzejsze śniadanie i jemy fantastycznego steka - o tym możemy zapomnieć przez najbliższy tydzień. A propo tych taśm - jestem fanem postępu, sam w nim uczestniczę, jednakże uwielbiam doświadczać, jak ludzie na Antypodach nadal czytają papierowe gazety, czytają papierowe książki, słuchają radia z antenką na ulicy, nie dbają o modę. Jest to tak dalekie od trendu w Europie i tak bardzo mi się to podoba. Pozwala mi to zatrzymać się i uświadomić sobie, jak niewiele potrzeba do szczęścia. I wcale nie trzeba wymieniać tabletu i telefonu tylko dlatego, że wyszedł nowy model (update 9.01 - a jednak uległem i kupiłem ten nowy model, ech...). A na dodatek już tu są choinki i Christmasowe klimaty. Oooo tak, adwent tutaj, święta w Polsce - idealne połączenie.
Jest 19.25 - leżymy w hotelu, czytamy, plecaki gotowe. Jutro wstajemy o 5, jemy śniadanie, o 6 mamy transport do Cradle Mountain. Po 9 latach znów zobaczę moją ukochaną górę. Chyba się poryczę ze szczęścia (nawet mając 20kg na plecach).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz