W końcu noc minęła spokojnie, jet lag minął. Zjedliśmy śniadanie i ze smutkiem pożegnaliśmy Port Arthur. Świetne miejsce, dobrze się mieszkało. Dziś pogoda taka sobie, w sam raz na transfer. Po drodze zajeżdżamy do fabryki czekolady. Jakie tu wszystko jest proste i ładne. Fabryka, to może za dużo powiedziane. Ładny skromny budynek, połączenie ciemnej blachy i drewna, spory parking, czysto i schludnie dookoła. Co ciekawe nie ma czekolady do picia, są wyroby z czekolady. Pani za ladą, jak usłyszała, że chcemy się napić czekolady, zaraz nam poszukała inne miejsca. Tu żyje się prościej. Jadąc do Hobart zatrzymujemy się w Sorell, mała mieścina, gdzie idziemy do Woolworth, takie Tesco i kupujemy jeszcze parę rzeczy na Overland. Tankujemy auto, mamy oddać z pełnym bakiem i jedziemy do naszego lokum. Wrzucamy walizki, jedziemy oddać auto. Żegnamy się z naszym Suzuki. Pieszo idziemy do sklepu sportowego, ich tu jest bez liku. Kupujemy gaz i jedzenie. Co dalej? Mamy sporo czasu. Kawa. „Nasza” kawiarnia to Hobart Coffee Roasters, obok portu. Genialny klimat i dobra kawa. Marzyłem sobie, że wracając na lotniskach będę buszował po sklepach i oglądał jakiego iPada kupię. Jednakże ostatnie zmiany cen spowodowały, że nie czekamy. Popijając kubańską kawę Pani kupiła iPada w Polsce. Będzie na nią czekał, aż wrócimy. Po kawie - wiadomo, Fish Frenzy i danie o tej samej nazwie, co restauracja. Genialne! Najedzeni Idziemy na pustą Salamancę, jakże inaczej wygląda ta ulica. Tuż obok jest Battery Point, ale to zostawiamy sobie na koniec. Wracając do lokum idziemy jeszcze na przystanek autobusowy, skąd jutro o 10 odjedziemy na drugi koniec wyspy, do Launceston. Pani za ladą uśmiechnięta potwierdzam nam wykupiony bilet i radzi być 20 minut wcześniej. Mamy tutaj 10 minut pieszo. Jakieś 2 godziny zajmuje nam pakowanie plecaków na Overland. Dobra informacja to taka, że wszystkie rzeczy zajmują mniej, niż nam się wydawało. W ogóle, pakowanie jedzenia to filozofia sama w sobie, o której nie byłem świadom. Posiłki na każdy dzień są w osobnym worku. Wewnątrz jest śniadanie, lunch, snacki, obiad. 7 worków na 7 dni i 2 obiady backupu, jakbyśmy byli głodni. Naoglądaliśmy się filmików na you tube, wyciągnęliśmy z tego to, co najrozsądniejsze plus nasze doświadczenie. Ważna decyzja - nie bierzemy sandałów keen, bo są ciężkie i najmniej przydatne. I właśnie to kryterium zastosowaliśmy - bierzemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Jak coś wydaje nam się, że może się przydać - out, do walizki. Zatem jeśli chodzi o buty, idziemy w naszych butach, Zamberlan, oprócz tego mamy lekkie klapki. Szacuję, że plecak będzie ważył około 15kg, co jest lżejsze, niż przy naszych treningach w Beskidach. Swoją drogą, bardzo dobrze, że je zrobiliśmy. Przed 19 bierzemy Uber i zawozimy do Piratów walizki, byli tak mili, że zgodzili się nam je przechować. Wracamy od nich piechotą do nas na Macquire Street. Po drodze widzimy reklamę losowania Power Ball, kupujemy jeden kupon. Wieczór to już czytanie, odpoczynek i kolejny odcinek Kapitana Sowy. Lubię takie klasyki w takich miejscach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz