Ostatni pełny dzień na Tasmanii. Jak to zleciało? Pamiętam, jak jeszcze niedawno szukałem korzystnych biletów lotniczych, jak rezerwowaliśmy w nocy Overland, jakie były przeboje ze zmianą biletów… a dziś ostatni dzień. Smutek. Jak ja mogłem napisać 9 lat temu, że to miasto mnie to rusza? Jest świetne! Oddajemy co nam zostało tym, którym może się przydać. Zostawiamy także nieco rzeczy „górskich”, które ważą, a my kupimy nowe - buty, stuptuty. Dokładnie o 11.11 odstawiamy auto do Budget na Harrington St. Idziemy wg planu, kupić buff dla mnie, który sobie miesiąc temu upatrzyłem, na kawę do naszej kawiarni, siadamy „tam, gdzie zawsze” przy oknie. Sącząc kawę porządkujemy trasy na Kaczawę, patrząc na port - co to za uczucie… Później jeszcze przejście przy Fish Frenzy, Salamanca i wreszcie spacerujemy po Battery Point, malowniczej dzielnicy Hobart. Jak to możliwe, że nigdy tu nie dotarliśmy? Zdarza się. Małe domki są piękne, ale jeszcze piękniejsze są malutkie ogródki wokół nich. Dzieła sztuki jak wychuchane one są, dopieszczone do ostatniego krzaczka. Cieszy mnie to, że moje podejście do zieleni wokół domu jest takie samo. Jest ciepło, momentami upalnie, nie ma wiatru, który zapowiadali. Po wczorajszym huraganie i deszczu nie ma śladu, do tego przywykliśmy. Około 14.00 docieramy do naszego lokalu, pijemy czekoladę, Pani jakimś cudem potrafi zanurzyć się w książki, a ja… zaczynam odczuwać raise fiber, ale na spokojnie. Znowu wraca myśl - ciesz się tym, co masz, ciesz się małymi rzeczami. W piątek koncert Bee Gees (to będzie crazy), choinka, święta, kapitalne wyjazdy zimowe przed nami, no i wiosenne Sudety się klarują. Pięknie. Do Hobart jeszcze zejdziemy, wieczorem na obiad. Do Rockwall na pierwszą na Tasmanii kaczkę, oby mieli i nie pomylili, jak wczoraj.
Około 17.30 wyszliśmy na ostatni spacer po Hobart ulicą Macquire. Wciąż żywo przed oczyma mam nasze wyjście z plecakami na przystanek autobusowy do Launceston. Był upał, ja byłem zmierzły i już czułem ten ciężar. Obiad był dobry, kaczka i stek na koniec. Później ostatni spacer po porcie… Gigantycznego wycieczkowca już nie ma. Fish Frenzy pełne. Choinka na przeciwko ogrodzona. Nie dochodzimy do Admirała, skręcamy w stronę punktu informacyjnego, gdzie wszystko się zaczęło i wtedy zaśpiewał Freddy - I want it all… i mieliśmy wszystko, czego można od Tasmanii dostać. Franklin Square, hotel Travel Lodge, gdzie spędziliśmy pierwszą noc tutaj. Wspominamy, tęsknimy. I ja i pewnie Pani też swoje łzy uroniliśmy podczas tego przejścia. Kocham Nową Zelandię i bardzo za nią tęsknię. Ale przez ten miesiąc pokochaliśmy Tasmanię, zostawiliśmy tu pot, krew i łzy. Dosłownie. Odwzajemniła nam się swoim pięknem i niezwykłą pogodą. Żadna inna podróż i ekspedycja nie zrobiła na nas takiego wrażenia. Pewnie zdjęcia tego nie oddadzą, pewnie moje słowa też nie, jednak ja to mówi moja Mama - mamy swoje wrażenia i wspomnienia, tego nam nikt nie zabierze.
Znowu historia zatoczyła koło, znowu wraca pytanie - co czuję przed lotem na koniec świata? Za niemal równe 6 godzin przyjedzie po nas Uber (mam taką nadzieję) i ruszymy w podróż. Dziś tym końcem jest Polska. Lecąc tu zostawiłem Rodziców, dom, to, co mam. Teraz zostawiam te miejsca i ludzi i wracam do domu. Co czuję? Ciężko powiedzieć, przede wszystkim smutek, że ta przygoda się kończy, ale jak o tym myślę, to czuję ekscytację, bo przecież podróż się nie kończy, zmienia się kierunek. Aaa no i jeszcze jedno, Hobart jest cudne! Tasmania jest wspaniała. Do zobaczenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz