Wczoraj posiedzieliśmy do północy. Już nie pamiętam, kiedy tak późno poszedłem spać. Czytało się. Często wspominamy co o danej porze dzieje się w chatach. Rano - o 6-tej ludzie się budzą i robią sobie śniadanie… niepowtarzalny klimat. Jemy śniadanie w naszym lokum - wreszcie żółty ser i szynka, toasty. Około 10 zbieramy się niespiesznie i podjeżdżamy w kierunku jeziora Dobson. Dziś chcemy iść na szczyt Mount Field East. Jest mglisto, delikatna mżawka od czasu do czasu. Na początku podchodzimy pod jezioro Fenton. Co za woda!!! Kryształ, widać co jest na dnie kilkanaście metrów od brzegu. Jest to zbiornik, który zasila w wodę pitną m.in. Hobart. Do tego mgła… dodaje tajemniczości i cudownie robi się zdjęcia. Magiczne miejsce. 9 lat temu byliśmy nad jeziorem Dobson, było pięknie, ale Fenton szczególnie w dzisiejszym otoczeniu bije Dobson na głowę. Za jeziorem idzie się dobrze, typowym tasmańskim lasem, ścieżka jest dobrze wytyczona, choć wąska. Decydujemy się wejść na Seagers Lookout, choć mgła jest gęsta. Może się przejaśni? Nie przejaśniło się. Jednak mgła jest wdzięcznym elementem kadrów. Ten park narodowy Mt Field jest z jednej strony fascynujący i nudny. Ogromne drzewa, głazy, wrzosowiska, mokradła, lecz jeśli byśmy chcieli tutaj dłużej pobyć, byłoby nudno, gdyż trasa na Mt Field West wygląda podobnie. Przed szczytem East idzie się przez wspaniałe mokradła kładką. Towarzystwo przyjaciół Parku usilnie pracuje na rzecz utrzymania szlaków i szczyci się swoimi efektami, jak np. wspomniana kładka. Wejście na szczyt jest trudne i dość długie. Idzie się po nieoznakowanej ścieżce po dużych kamieniach, które są ruchome. Trzeba uważać. Zajmuje nam jakieś 30 minut, by z mokradeł wejść na szczyt. On jest dość niepozorny, na nim bunkier z kamieni, podobnie jak na Hartz Peak, można tam wejść, usiąść, schronić się przed wiatrem. Dookoła roztacza się cudowny widok, mgła ustąpiła, niebo częściowo zachmurzone. Wypatruję znajomych szczytów, lecz nic z tego. Oczy kierują się na południowy-zachód, tam roztacza się jeden z ostatnich dzikich terenów na tym świecie - SouthWest National Park. Nigdy tam nie byłem i chyba - bo jutro ma padać - podczas tej wyprawy nie pojedziemy tam. Posiedzieliśmy z pół godziny na szczycie, zjedliśmy po puszce tuńczyka, które przynieśliśmy z Overland, nic mi nie było, do tego kromka chleba, gorąca herbata z termosu. Jest pięknie. Schodzi się także wolno przez te głazy. Po drodze odwiedzamy 3 magiczne miejsca - jeziora. Lake Rayner, Nicholls (od nazwisk osób, które rozkochały się w tym terenie i przyczyniły się do utworzenia Parku Narodowego) oraz Beatties Tarn. Woda jak na jeziorze Fenton - czysta jak łza. W okolicy tych jezior spotykamy jedyne 2 osoby w ciągu dzisiejszego marszu. Około 15-tej zrobiło się wyjątkowo ciepło. No właśnie, jak ciepło, to rośnie ryzyko spotkania węża. Tak też się stało. Idę pierwszy, robię krok i tym samym spłoszyłem szarego węża. Wystraszył się i uciekł nie w moją stronę, lecz pod kłodę drewna. Pani bezpiecznie przeszła, ja stanąłem jakieś 1,5 metra od niego, a ten zasyczał… aha, nie ma co, idźmy dalej, nie będę go fotografował. Szliśmy dziś wyjątkowo wolno, pewnie to jeszcze zmęczenie po Overland. Zjeżdżając szutrową drogą puszczam „Going Home” Dire Straits, ale to tutaj brzmi. Zostało nam jeszcze tylko 1,5 tygodnia. Jak ten czas leci. Stajemy jeszcze przy Visitor Center, które niestety jest zamknięte. Obok drogi B61 jest historyczny dworzec, dziś już jestem zmęczony, ale jutro niezależnie od pogody podjedziemy. Właśnie, pogoda - przez najbliższe 3 dni ma padać. Jak sobie pomyślę, że już za 1,5 tygodnia wyjeżdżamy i przepada nam Mount Anna (to już pewne) i wymarzone!!! Kelly Basin z Queenstown, to mi smutno się robi. No, ale nie można mieć wszystkiego. Był Overland w upale, reszta to miły bonus, tak? To nie marudzę.
Wieczorem, niczym w Izerach - Pani kupiła Odlo, którego jest fanem, rozbrzmiewa muzyka Christmasowa, tablety w ruch i czytamy książki. Pięknie.
23:09 - skończyłem 2 książki „Głos” o Wojciechu Mannie i „Co Cię czeka po śmierci”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz