wczoraj było tylko muśnięcie niezwykłego miejsca, jakim jest Park Narodowy Wigry. Dziś okrążamy całość. Zaczynamy na parkingu we wiosce Bryzgiel, później dziurawą drogą na zachód, którą mkną auta. Jak tylko da się zjechać w las, tak robimy. Półwysep Łysocha - pierwsze urokliwe miejsce, mała przystań. Małżeństwo pakuje się do łódki, na ryby. Pan w spodniach na kantkę energicznie pakuje wędki. Tuż obok jest ścieżka przyrodnicza. A ponieważ mam polar na sobie z flagą Nowej Zelandii, wzbudzam uwagę. Angielskie małżeństwo nas zagadało - co słychać, skąd jesteś, itp. Miłe. Jedziemy w niezwykłe miejsce - mam ogromną ochotę zobaczyć jezioro Białe Wigierskie. NIEBYWAŁE. Cóż mogę więcej napisać? Nie znajduję słów, wybitne miejsce. Droga do Cimochowizny jest już bardziej zatłoczona, ale co fajne - jedzie się momentami na kładce drewnianej obłożonej drutem. Jak na Tasmanii. Dziś sobota, weekenedowcy jeżdżą, jest tłoczniej. Często jadą rowerzyści całą szerokością drogi, łatwo o wypadek. Stąd widzimy klasztor Kamedułów w Wigrach, tam zmierzamy. Ten odcinek jest nieszczególny, są zabudowania, mostki, jeżdżą auta. Trudno o wyciszenie. Sam klasztor robi wrażenie, białe ogromne mury, muzyka klasztorna płynie z głośników, nawet pustawo. Warto odwiedzić to miejsce. Jedziemy na południe po wczorajszej trasie, ale co tam, żadna nuda - jest wybitnie dobrze. Odkrywamy kolejną perełkę - wioska Wysoki Most, czerwony szlak wzdłuż Czarnej Hańczy. Jedziemy tam rowerem, ale równie dobrze jest przejść pieszo. Co za rzeka, co za widoki. Pod autem padamy za zmęczenia, cały tydzień w nogach, ale zakończony niezwykłym akcentem. Poznaliśmy trasę i miejsce, które mogę co roku objeżdżać i się nie znudzi. Wieczorem pakujemy się, gdyż nazajutrz kończy się nasz urlop.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz