Prognozy mówiły jedno - ma intensywnie padać. Doświadczenie nas uczy, aby takie dni wykorzystać na przemieszczanie się. Tak też zrobiliśmy, mimo że w St.Arnaud jest pięknie, czas powiedzieć "do zobaczenia", po drodze na zachód stanęliśmy za Murchinson, gdzie znajduje się najdłuższy wiszący most w Nowej Zelandii. Za 10 NZD można się nim przejść i dodatkowo zaliczyć short walk, który jest beznadziejny. Ale przejeżdżać i nie wstąpić, nie wypada. Leje niesamowicie. Ciężko się jedzie. Po kilku godzinach i jakichś 200 km przejechanych docieramy do Punakaiki. Za Westport widzimy znak znany nam już z Tasmanii, którego tu się nie spodziewaliśmy - następna stacja benzynowa za 90 km. Ile mamy w baku? Starczy na jakieś 250. Spoko. Nie ma tu także zasięgu telefonii komórkowej ani tez żadnego sklepu. Po raz kolejny doświadczenie procentuje, przyjeżdżasz i chcesz jeździć po dziczy - uzpełnij bak i bagażnik. Mieszkamy w lesie deszczowym, niesamowicie, jak bardzo zmienił się krajobraz, tu przypomina on bardziej lasy deszczowe Ameryki Południowej, niż południowy Pacyfik. Po 16-tej wypogadza się. Spoglądam na nasz plan - onenote i iPad są nieocenione - jedną z krótszych pozycji jest Truman Track, obok którego mieszkamy. Pojeździliśmy po okolicy i idziemy na short walk. Pisze, że zajmuje 15 minut, spędziliśmy dużo więcej. Najpierw idzie się przez nie busz, ale wręcz dżunglę, później wychodzi na plaże. Coś pięknego. Po spacerze jedziemy do jednej z chyba 3 knajp na kawę, wszak mamy piątek, a my regularnie w ten dzień pijemy kawę. Ale takiej lury jak tu, dawno nie piłem. Niech tylko pogoda dopisze, west coast zapowiada się genialnie, lepiej niż to zaplanowaliśmy. Niesamowite krajobrazy i przyroda.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz