Dziś dzień przerwy w Overlandowaniu. Zostajemy w Kia Ora, bo jest tu ładnie, sporo miejsca i dobry punkt wypadowy. Noc minęła jako tako, nowi ludzi z naszej karawany w pokoju. Chrapanie, wiercenie się, nawet pół pigułki mi nie pomogło. To, co przeszkadza - to ból mięśni i kości wokoło pasa. Chodzi o to, że śpimy na drewnianym podłożu, na to kładziemy piankę i śpiwór, jednak to nie wystarcza, nadal jest twardo. Na śniadanie idziemy do jadalni koło siódmej, karawana powoli się pakuje. My nie musimy się spieszyć, co za luksus. Zdaje się było po 9-tej, gdy ruszyliśmy na trasę. Małe plecaczki, tylko woda, papiery, sprzęt. Idziemy pustą ścieżką do Pelion Gap, cudowne miejsce. Na platformie jest jakieś kilkanaście plecaków. Wszyscy poszli na Ossę. Chwilę się zatrzymujemy i bardzo wolnym krokiem idziemy w stronę Pelion East. Betonowa ścieżka wiedzie przez wyższy busz, mchy rozdzielone małymi strumykami. Im wyżej, tym więcej wiatru i chłodniej, ale wciąż pogoda jest wybitna. Jedynym znakiem są małe trójkąciki wskazujące jak iść. Busz się kończy, zaczynają się skały. Jest nieco wspinaczki, dwa miejsca wymagają skupienia. Momentami miejsca jest na paznokcie, by gdzie się zaczepić. Jest to niebezpieczne, szczególnie na takim odludziu. Małymi krokami dajemy radę. Końcówka jest stroma szeroka po wielkich głazach. Pani wchodzi pierwsza i jej okrzyk to… pali się! Docieram za nią i faktycznie, spory ogień na jednej z polan. Spodziewam się, że to kontrolowany ogień przez pracowników Parku Narodowego. Ten widok… nie ma płaskowyżu jak wczoraj, są skały i głębokie szczeliny, ale jest nieziemsko. Geologiem nie jestem, ale widać, że tu woda kiedyś była wysoko, a Overland Track wiedzie dawnym dnem oceanu. Jesteśmy sami i jest absolutnie cicho. Coś mnie tknęło, by sprawdzić sygnał komórkowy. Jest! Wskoczyły na dwie kreski. Ja mam polską kartę i mój operator tutaj to Telstra. Wysyłam smsy do Rodziców, z którymi nie mamy kontaktu od początku Overlandowania. Pani ma lokalną kartę Optus, jest zasięg, ale tylko połączeń alarmowych. Piszemy SMS do Guni, wysłał się z opóźnieniem. Po pół godziny i całej masie zdjęć - pora schodzić. Co zrobić. Zejście po skałach jest trudniejsze niż wejście, jak zawsze. No i znowu Pelion Gap… to już ostatni raz na tej wyprawie tutaj. Znowu wzruszenie, nie da się ukryć. Ostatni rzut oka na towarzyszy ostatnich dni - Cradle, Bluff, Pelion West no i Ossa. Ciężko odchodzić. To miejsce trzyma mnie jak magnes. Jest mała grupa turystów na platformie. Jak zawsze oni zaczynają dyskusję - skąd, dokąd, jak się macie. Ponownie - który raz w Australii, w jakiej części Polski mieszkacie. Jest wśród nich starsza pani, jakieś ponad 60 lat. Na pytanie jakie mamy góry w Polsce sama odpowiada, że Tatry, jako cześć Karpat. Mieszkała jakiś czas w Niemczech i poznała teren. Jak miło zobaczyć taką osobę w takiej formie po 4 dniach Overlandowania. I znowu pojawia się pytanie, gdzie oni mieszkają, turyści z guidedwalkow. Są tutaj gdzieś prywatne chaty, o których nie wiem. Ruszamy w drogę powrotną. Dziś miał być i był to relaks, dla pleców, ramion, nogi miały rozgrzewkę przed jutrzejszym już niestety ostatnim dniem Overlandowania - czeka nas 20km. Za ten dzień przerwy trzeba zapłacić, czyli zrobić 2 dni w jednym, ale warto było zostać w Kia Ora.
Po dotarciu do chaty idziemy się umyć. Jakieś 200 metrów stąd jest potok, rozbieram się i do wody. Jest lodowata. Ile dam rady, to umyję. Głowa mnie już swędzi solidnie. Popołudnie to taras, leżenie na słońcu, odpoczynek i pisanie tych słów. Aha, była jeszcze genialna przerwa - smoothie z jeżyn, jasne, że w proszku. Jasne, że z Nowej Zelandii. Co za smak! Niosłem to na plecach ostatnie 4 dni.
18.47 - jesteśmy po obiedzie, dziś na jadalni jest bardzo gwarno, nasz turnus poszedł, przyszedł kolejny. Średnia wieku zdecydowanie wyższa. Niesamowicie widzieć doświadczonych „blondynów” z ciężkimi plecakami, a później rozprawiających głośno przy swoich palnikach. Znowu słychać pytania - „ co dziś masz na obiad?”. Jakby to brzmiało w polskim schronisku? Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Pasuje mi tutejsza kultura.
Przez ten cały czas Overlandowania czytam „Głos”, czyli wywiad z Wojciechem Mannem. To kolejne nawiązanie do ostatniego pobytu tutaj, kiedy czytałem jego książkę na tablecie hoho… to był prekursor tabletu, którego bateria trzymała 2-3 godziny. Jednakże wtedy już chciałem mieć taki komputerek i kupiłem to, na co mnie wtedy było stać. Dziś do rozpoczętych lektur dorzuciłem „Co cię czeka po śmierci” Jeffreya Longa. Tak, to też nawiązanie, wtedy rozczytywałem się w Moodym i wtedy na Tasmanii zaczęło się moje zainteresowanie tą tematyką. Taki jestem, uwielbiam planować i wracać takimi symbolami do chwil minionych.
Po 21 kładziemy się spać, nasz współlokator przychodzi i pyta „chcecie zobaczyć zaćmienie księżyca?”. No i to było dopełnienie dnia. Pełne zaćmienie księżyca przy wieczornym niebie w Kia Ora Hut na totalnym bezludziu. Nie ma sensu więcej pisać, dzień, którego nigdy nie zapomnę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz