W końcu noc minęła w miarę spokojne, lecz kolejny raz jakiś numer do mnie dzwonił. Pani ma kartę stąd, ja mam numer polski na roamingu. Dziś chyba wyłączę nawet wibracje. Spaliśmy dobrych 9 godzin. Później śniadanie i jedziemy do Doo Town, niesamowitej wioski, gdzie domy nazywają się od Doo. Jak łatwo się domyślić, jest DooLittle house i inne. Dziś naszym celem jest fragment Tasman Coastal Trail z dojściem na Tatnells Hill. Już sam parking robi wrażenie, nie jakimś niezwykłym czymś, ale swoją prostotą, dostępnością, wielkością i że po prostu jest i nikt nie stoi czekając na kasę. Widoki zaczynają się już kilka metrów od auta - Tasman Arch, Devils Kitchen… wybitne. Idzie się początkowo szerokim szutrem, mając po lewej Pacyfik i klify. Co chwila za płotem rozrzedzają się krzewy prezentując inny widok na okoliczne skały. Rano przyświeca nam słońce, więc woda prezentuje się ultra błękitna. Szuter się kończy za parkingiem przy Waterfall Bay i zaczyna się prawdziwa wycieczka. Idziemy lasem, ścieżka jest błotnista. Typowy las Tasmański, ale po godzinie za wodospadem ścieżka idzie w lewo i do góry - zaczyna się najprawdziwszy las deszczowy. Jest gęściej, wyżej, rosną paprocie drzewiaste znane nam z Nowej Zelandii i cała masa innych krzewów. Teren przypomina mi strefy chronione w polskich parkach narodowych, czyli jak się coś przewali, to ma leżeć. Nie ułatwia to marszu. Dodatkowo sporo jest wody. Na górze są źródła, a po ostatnich deszczach wody przybyło. Dobrze się czuję w takiej scenerii i przyznam nie przypuszczałem, że przez taki las pójdę. Na wysokości 500 metrów dochodzimy do miejsca, gdzie jest szeroka skała, rzadka roślinność. Wydawałoby się, że jest to skrzyżowanie i wystarczy odbić w prawo, by wejść na szczyt. Jednak mapa jest tu niedokładna. Pani znajduje wstążkę na krzaku i za tym tropem podążamy. Okazuje się, że w taki sposób oznaczona jest ścieżka na szczyt. Trasa staje się bardzo wąska, a ostre krzewy ocierają się o nasze ciało i ciuchy. To czwarty rodzaj scenerii, jaką funduje nam przyroda dziś. To tylko sprawia, że ta trasa jest niesamowicie ciekawa. Był moment, że przestałem znajdować wstążki, weszliśmy w głęboki gęsty las. Na przełaj, na dziko nie da się tu iść. Cofamy się i znajdujemy właściwą trasę. Pani dociera pierwsza na szczycik. No właśnie, które to miejsce? Wierzchołek jest rozłożysty. Obieramy taki punkt, gdzie wstążki się kończą. Z głębi wyspy z północy idą ciężkie chmury. Wiemy, co to oznacza. Nie chciałbym być w momencie deszczu na odsłoniętym terenie. Zrobiłem kilka zdjęć, nagrałem filmik i spadamy. W momencie, gdy byliśmy znowu w lesie, rozpadał się deszcz. Schodzi się szybko, ale trzeba uważać, bo jest ślisko. Kto by przypuszczał, że taka trasa raptem 10km tyle nam zajmie? Przypomnieliśmy sobie, że po lesie deszczowym nie da się szybko iść. Wysoka wilgotność i potrzeba czujności niemal na każdy krzak spowalniają trasę. Jak tylko zaczął padać deszcz, powietrze zrobiło się „lżejsze”, zatem i marsz był szybszy.
Około 16 dotarliśmy do auta. Podjechaliśmy jeszcze do Fossil Bay na punkt widokowy. Tutaj już mocniej się rozpadało. W Taranna jest wytwórnia czekolady, dziś już nie zdążyliśmy, ale jutro… W Port Arthur weszliśmy do General Store, czyli sklep z wszystkim. Czuć klimat, ceny nawet o 50% wyższe niż w Hobart i naprawdę jest szeroka gama towarów niezdarnie porozrzucana po półkach. Jeszcze jedna rzecz przykuwa moją uwagę, też tak było 9 lat temu - w dalszym ciągu dużą popularnością cieszą się papierowe wydania gazet. Leżą one w kawiarniach czy restauracjach, ludzie przychodzą, by je poczytać. Charakterystyczne są także skrzynki na listy przy drogach. W General Store są skrzynki pocztowe. Wychodząc zobaczyliśmy kobietę, która w ten sposób odbierała przesyłkę. Takie wydawałoby się stare elementy są tu nadal w użyciu, ale niech to nie wypaczy myślenia o Australii, ten kraj w wielu aspektach wyprzedza Polskę o epoki.
Jutro wracamy do Hobart, pakujemy się na Overland, zdajemy auto i zacieramy ręce z radości. Prognozy na całą trasę są optymistyczne i oby tak zostało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz